sobota, 5 kwietnia 2014

Rozdział 6



Fionę obudziło głośne pukanie do drzwi. Nie była wyspana, ponieważ usnęła dopiero nad rankiem. Podniosła głowę i opuściła z powrotem na poduszkę. Pukanie nie ustało.

-Eh… Dajcie mi spać, dobrze?

Pukanie wciąż nie ustawało.

-No dobra, wejdź.

Do pomieszczenia wszedł Jay. Było po nim widać, że też się nie wyspał.

-Słuchaj… Co powiemy Claire? Chciałem z tobą o tym porozmawiać, nim ona nas wyprzedzi, co robiliśmy. Nie możemy jej tego powiedzieć.- Stwierdził chłopak.

-Owszem, możemy. Ona jest moją przyjaciółką. Ona musi wiedzieć. Jest dla mnie zbyt ważna, żebym ją miała okłamywać.

-Co ona sobie o nas pomyśli? Że co? Że kłamiemy? Przecież to w pewnym sensie nie możliwe!

-Musi uwierzyć! To w końcu moja przyjaciółka! I dowie się o tym, czy tego chcesz, czy nie. Jeśli mamy wpaść w kłopoty, wolałabym, żeby o tym wiedziała.

-Zrobisz jak zechcesz, żebyś tylko potem nie żałowała. – Jay wyszedł z domu. Fiona zamyśliła się. Jednak nie widziała innego rozwiązania- Claire musiała się dowiedzieć.

O całej sytuacji opowiedziała jej przy śniadaniu. Claire uważnie słuchała wpatrzona w talerz. 
-Nie wierzysz mi!- Krzyknęła obrażona Fiona.
-To nie to, że nie wierzę. Sama już nie wiem, co myśleć. Tutaj dzieją się dziwne rzeczy. Wiecie? Ja już mam tego dosyć. Ja pójdę do tego głupiego punktu krwi, znajdę tą kartkę. Zrobię wszystko, żeby ten koszmar już się skończył. Ja już nie mogę tak żyć. Mam tego po prostu dość!- Zirytowała się dziewczyna.
-Mówiłem, że to kiepski pomysł, by jej o tym powiedzieć?- Stwierdził Jay. 
-Jakbyście mi o tym nie powiedzieli, bo dopiero by się działo.- Claire sfrustrowała się. 
-Eh. Skończmy już. Ja idę z Claire, chcę się dowiedzieć, co tam pisze.- Postanowiła Fiona.
-Niewiedza wcale nie boli. Lepiej, jak pozostawimy to tak, jak jest. Wczoraj moglibyśmy zginąć, gdyby zdemaskowałyby nas wampiry! Życie wam niemiłe?- pytał Jay.
-Dobrze ci się tak żyje? Bo mi nie! I nawet nie będę czekała! Idę teraz, w tym momencie!- zadeklarowała Claire. 
-A ja idę z tobą- Zadeklarowała Fiona. 
-Dziewczyny! Nie macie żadnego planu! Śpieszy wam się na tamten świat?
-My idziemy, nie wiem jak ty.- Stwierdziła Fiona
-Och, przecież nie zostawię was tam same, idę z wami!
-Okej, najpierw tylko wróćmy do domu, weźmiemy rzeczy, które się potem mogą przydać.- Powiedziała Claire odzyskawszy rozum.
-Na przykład?- Spytał Jay.
-Na przykład ubrania, szybko robi się zimno, a nie wiadomo, ile tam będziemy.
Każdy wrócił do swojego domu. Fiona również.Zaczęła się zastanawiać, co ze sobą zabrać. Ubrała bluzę. Po dłuższym namyśle zabrała scyzoryk. Schowała go do kieszeni spodni. Schowała latarkę- nie wiedziała ile czasu tam spędzi. Nic nie było pewne. Nie wiedzieli gdzie jest kartka. Wiedziała, że trudno będzie znaleźć coś, nie wiedząc gdzie to jest, a tym bardziej co na tym jest. 
Jay nie wziął nic oprócz cieplejszego ubrania. Claire też. Ona tylko podkradła prowiant z punktu jedzenia w trakcie obiadu. Wyruszyli na wieczór. Czuli się pewniej, gdy nikt nie zwracał na nich uwagi. 
Byli w drodze. Jay dziwnie się zachowywał, jakby wiedział coś, czego nie wiedziała Fiona. Milczał. Wciąż patrzył pod nogi, lub rozglądał się. Wyglądał na przestraszonego. Co chwile oglądał się za siebie, W końcu nie wytrzymał. 
-Fiona.- Powiedział niepewnie.
-Tak?- powiedziała dziewczyna.
-Mam wrażenie, że ktoś za nami idzie i nas śledzi. 
Fiona zrobiła wielkie oczy. Przeszły ją ciarki. Fakt, iż ktoś ich śledzi był bardzo możliwy. Jednak dziewczyna nie chciała tego przyjąć do świadomości. Zbyt bardzo się bała. Chciała to wyprzeć.
-Nie, to nie jest możliwe. Przestań nas straszyć.- Powiedziała.
-Nie chcę nic mówić, też mi się wydaje, że ktoś nas śledzi.- Potwierdziła Claire. 
-Przestańcie! Jak nie chcecie ze mną iść, to po prostu zawróćcie, a nie mnie straszcie. To na mnie nie działa. Przykro...
 -Idziemy, idziemy. W każdym razie ja idę.- Powiedziała Claire.- Ja po prostu się boję.
-A ty, Jay? Boisz się?- Zapytała Fiona.
-Ja? oczywiście, że się nie boję! Ja mam po prostu przeczucie. Złe przeczucie, że coś się stanie. 
Fiona zacisnęła zęby. Nie chciała iść sama. Zdała sobie sprawę, że też się boi. Bała się bardzo. Sama na pewno nigdy by nie poszła. Szli w milczeniu. Dziewczyna obejrzała się. widziała tylko drzewa. Fakt iż byli w lesie prawdopodobnie śledzeni był bardzo przerażający. Nagle jeden krzak zaczął się poruszać.
-Chodźmy szybciej!- Jęknęła wystraszona Claire. 
Przyspieszyli kroku. Po pięciu minutach szybkiego marszu byli już na miejscu.Fiona dostała ciarek. W świetle księżyca punkt krwi wyglądał jeszcze potworniej.
Popchnęła lekko ciężkie, drewniane drzwi. Zaskrzypiały odchylając się o parę centymetrów.  Pchnęła jeszcze raz, tym razem mocniej. Otworzyły się na tyle, że można było nimi spokojnie wejść. 
Przeraziła ją ciemność, którą było widać przez rozchylone drzwi. Popatrzyła przerażona na Jaya.
-Wchodzimy?- Zapytał Chłopak.
-Pewnie że tak.- Odpowiedziała Claire.
Fiona przełknęła głośno ślinę. Zrobiła krok w przód. Gdy przekroczyła próg, stało się coś dziwnego. Nagle wszystkie świece zaczęły się świecić. Płomienie były duże, pomarańczowe. Cała trójka weszła do środka.
-No, teraz pozostało nam znaleźć tą kartkę.- Stwierdził Jay.
-Ale tu... Strasznie!- Stwierdziła Claire. 
-A czego się spodziewałaś po miejscu, w którym wampiry zjadają ludzi? Eh, najgorszy jest ten odór krwi. Znajdźmy to szybko i spadajmy.
-Ta kartka jest biała, albo lekko zbrązowiała. Wy na niej nie zobaczycie nic, ja zobaczę napis.- Stwierdziła Fiona.
-Szukajmy koło tego ołtarza. Właśnie w okolicach tego miejsca widziałem razem z Fioną wampira, który ją trzymał.
 Fiona gwałtownie źle się poczuła. Nie mogła znieść zapachu rozkładającej się krwi. Złapała się za głowę i kucnęła. Przyjaciele zajęci poszukiwaniem niczego nie zauważyli. Dziewczyn a odczekała chwilę i wstała. Słyszała jakby z oddali głos przyjaciół. Było jej słabo. Zrobiło jej się okropnie słabo. Zaczęła się trząść. Podeszła do niby ołtarza. W okolicach jego było mnóstwo czegoś w rodzaju ozdabianych szafek. byłyby ładne, gdyby nie ta zeschnięta krew, która na niej była. Do oczu napłynęły jej łzy. Jay i Claire przeglądali szuflady. 
-Chyba coś znalazłam, Fiona, luknij na to!- Powiedziała Claire. 
Fiona chciała podejść. Chciała się dowiedzieć co tam jest, lecz bała się tego, co mogło to zawierać. Zrobiła krok w przód. Zakręciło jej się w głowie. Już nie kontrolowała swojego ciała. Upadła na podłogę. Widziała jak przez mgłę biegnących w jej kierunku Jaya i Claire. Słyszała ich krzyki jakby z zaświatów. Czuła, jakby odlatywała gdzieś w dal. Widziała przyjaciół w zwolnionym tempie. Wtem drzwi do punktu krwi się otworzyły. Stała w nich gromada dziwnych ludzi. Fiona straciła zdolność myślenia. Nie poznała, ze to są wampiry. Z resztą to nie było ważne. Odleciała. Nie czuła już nic.

poniedziałek, 17 marca 2014

Rozdział 5



Fiona obudziła się w rześki poranek. Wzięła prysznic, ubrała się, uprała bieliznę. Zjadła śniadanie w towarzystwie Jaya i Clarie. To było normalne. Kiedy wróciła do domu, postanowiła zasadzić kwiatki. Wzięła ziemię spod swojego domu. Tą ziemię, którą wywalała przez okno, kopiąc kibelek. Wsadziła do tego jedno ziarno. Podlała konewką. Wyszła z domu, na zewnątrz.
Zastała Jaya siedzącego przed swoim domem. Wpatrywał się w ziemię niewidzącym wzrokiem. Rozmyślał nad czymś. Na pierwszy rzut oka, był bardzo smutny. Coś go gnębiło. Postanowiła się dowiedzieć, co.
-Hej.- Powiedziała.- Co jest grane?
-Nic, siedzę przed domem i myślę.
-O czym, jeśli mogę wiedzieć?- Ciekawość Fiony nie znała granic.
-O mojej rodzinie.
Nigdy nie rozmawiali na ten temat. On jeszcze z nikim nie rozmawiał o sobie. A już na pewno nigdy nie wspominał o swojej rodzinie.
-Co konkretnie myślisz o nich?- Dopytywała.
-Oh, ja nigdy nie miałem normalnego życia. Może miałem, zanim skończyłem roczek, kiedy to moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. To nie jest łatwe. A zwłaszcza, że w sierocińcu każdy naśmiewał się ze mnie. Dopóki tu nie trafiłem, nigdy nie miałem przyjaciół. Ty i Claire jesteście dla mnie wszystkim. Bo w życiu, najważniejsza jest przyjaźń i miłość. Wiem to, choć sam tego nigdy nie doświadczyłem.
Fionę zatkało. Jak to: stracił rodziców? Ona sama tego nigdy nie doświadczyła. Nie wiedziała, co ma powiedzieć, żeby go nie zranić. W takich sytuacjach trzeba było być delikatnym. Lecz z drugiej strony on za niczym nie tęsknił. Owszem, pewnie zawsze chciał mieć rodziców. Tak samo, jak nigdy nie miał przyjaciół. Teraz, gdy doświadczył przyjaźni, było mu tu dobrze. Choć nie była tego pewna. W jego oczach był smutek. Chęć do normalnego życia.
-Przykro mi- wyszeptała. Już nic więcej nie mówili. Siedzieli koło siebie w milczeniu. Fiona kątem Oka zauważyła, jak patrzy na nich Claire. Wiedziała, że czeka ją tłumaczenie się. W końcu zagrała trąbka wołająca ludzi na obiad.
W drodze do jadalni, ktoś się z kimś awanturował. Kiedy podeszli bliżej. Fiona zauważyła, że jedna z tych dziewczyn, które się sprzeczały, prawie biły się, jest ta, którą spotkała w lesie.
-Hej- zawołała Fiona,- co się tu dzieje?
-Ona na mnie krzywo popatrzyła! Zapłacisz mi za to, dziwadle jeden! Złamię ci nos!
-Przestań, ona tylko popatrzyła! Może akurat nie na ciebie, tylko ty to źle zinterpretowałaś!
-Chcesz ze mną zadrzeć? Jej złamię nos, tobie złamię rękę.
-Dziewczyny, uspokójcie się, natychmiast!- Zawołał Jay.
-O! Obrońca się znalazł. Kto w tym świecie poradzi sobie bez adwokata!- Tajemnicza dziewczyna wybuchła śmiechem.
-Chodźmy na ten obiad, już.- Powiedziała do Jaya, zanim zdążył zrobić coś głupiego. Pociągnęła go za ramię.
-Coś widzę tu bandę tchórzy!- Zaczęła się śmiać tamta.
Fiona oddaliła się z Jayem jak najdalej od niej. Kiedy zajmowali stolik, doszła do nich Claire. Nic nie mówiła. Uśmiechnęła się znacząco do Fiony. Ona zaś przewróciła oczami.
Na obiad były znowu ziemniaki z kotletem i buraczkami. Fiona zaczęła się zastanawiać jak długo będę im gotować ciągle to samo.
Kiedy wyszli z punktu żywnościowego, Claire zagadała do Jaya.
-Hej. Wieczorem razem z Fioną gramy w karty. Przyłączysz się do nas?- Fiona wyczuła podstęp. Na dwa kilometry mogła go wyczuć.
-Jasne. I tak wieczorami się nudzę. Co ty na to, Fiona?
-Jak chcesz, to przyjdź. Chętnie z tobą pogramy.
Mimowolnie się uśmiechnęła. Wiedziała, że przy Jayu nie będzie musiała się tłumaczyć Claire z tego, jak siedzieli przed jego domem rozmawiając.
Na kolację były kanapki. Znowu. Chyba jednak nie mięli zamiaru zacząć robić im coś do jedzenia innego, niż to, co zwykle.
Po kolacji, Fiona szybko wzięła prysznic i ubrała się w to, w czym była wcześniej. Żeby nie było, że specjalnie się szykuje na jakieś karty, czy coś.
W końcu do niej przyszli. Najpierw przyszła Claire.
-Dziewczyno, co ty wyprawiasz?
-Nadal sądzisz, że on ci się nie podoba?
-Nie no, jest ładny, ale nie jestem w nim zakochana.
-Jeszcze mi za to podziękujesz. Zobaczysz.
W tym momencie wszedł Jay, więc Fiona nic nie zdążyła odpowiedzieć. Powiedział:
-Gramy w karty?
-Tak, jasne. Siądźmy. Clarie, potasujesz?- Zapytała Fiona.
-A jak będziemy widzieli karty, kiedy będzie ciemno?- Spytał Jay.
-Normalnie, poświecimy latarkami. – odpowiedziała Fiona.
-Skąd macie latarki?- Zdziwił się.
-No jak to, skąd? Z punktu rozrywki.
-Serio? Bo ja na przykład dostałem takie mp3, ale takie dziwne, bo nie jest na słuchawki. Słucha się tak, jak radia. A i muzyka nie jest w moim typie.
-Przynajmniej masz co słuchać.- Powiedziała Fiona.
-Gramy?- Spytała Claire.
-A w co? W rozbieranego pokera?- Zapytał ożywiony Jay. Fiona walnęła go lekko w ramię.
-Hej!
-No co? Tylko w to umiem grać… Znaczy się, nie do końca w to, bo nie w rozbieranego, tylko po prostu w pokera.- Tłumaczył się.
-Dobrze, nauczę cię grać w remika. A więc tak…
Tłumaczyła mu, i tłumaczyła. Po pewnym czasie skapnęła się, że co by nie powiedziała, on ciągle przytakiwał. Odkąd zaczęła mu tłumaczyć, on ani razu nie popatrzył na karty. Patrzył tylko i wyłącznie na nią. Miał takie cudne zielone oczy. Wpatrywał się nimi w nią. Sama przestała patrzyć w karty. Co parę zdań, zapominała o czym mówiła. Speszyła się. Popatrzyła na podłogę w tym samym momencie, co Jay. Fiona z przerażeniem stwierdziła, że temu wszystkiemu przyglądała się z zaciekawieniem Claire, która była z nimi w tym samym pomieszczeniu, dokładnie naprzeciwko.
-To jak już znasz zasady, grajmy.- Powiedziała Fiona do Jaya.
W zasadzie, to był bardzo dobrym graczem. Wygrał dwie pierwsze rozgrywki. Fiona zaczynała podejrzewać, że znał zasady, tylko specjalnie powiedział coś innego.
Po czterech wygranych przez niego rozgrywek, Claire oznajmiła:
-Ja dzisiaj bardzo wcześnie wstałam. Jestem bardzo śpiąca i muszę iść spać, żebym była wyspana na śniadaniu. Ale wy sobie nie przeszkadzajcie, grajcie dalej.-Stanęła w otworzonych drzwiach.- Pa.- Zamknęła drzwi, więc Fiona nawet nie zdążyła zaprotestować.
Jay popatrzył na nią. Kąciki jego ust nieznacznie poszły do góry, po czym opadły. Zapytał:
-To co, gramy dalej?
-To nie ma sensu. Ty dobrze znasz zasady i jesteś mistrzem.
- A ty kiepsko tłumaczysz.
-Ej!
-No co, śmieję się.- Powiedział Jay.
-To nie ma sensu, ciągle wygrywasz!
-No ktoś musi.- Wytłumaczył Jay.
-Może wyjdziemy na świeże powietrze?- Zaproponowała Fiona.
-Tak, jasne- zgodził się.
Wyszli bez rozmawiania. Wsłuchali się w ciszę. Była pełnia. Wszystko było takie romantyczne. Stali tam tak po prostu milcząc. Fionę nagle przestało obchodzić to, jak się z tego wyspowiada przyjaciółce.
-Słyszałaś to?- Zapytał cicho Jay.
-Niby co?- Zdziwiła się Fiona.
-Posłuchaj!
Fiona wsłuchała się w ciszę. Po chwili usłyszała dźwięki. „No, idziemy- Ale ja nie chc-… sz.. -ale mus.. – dlacz..? –Bo twoja kol…”. Dalej słyszała tylko stłumione dźwięki. Szepnęła do Jaya:
-Poczekaj, pójdę po latarkę i zobaczymy co jest grane. Ale poczekaj.
Szybko weszła do domu. Mało co widziała, ale jakoś trafiła do reklamówki. Po chwili skapnęła się, że była to reklamówka z ubraniami. Wzięła bluzę i założyła ją. Doszła do reklamówki z rzeczami do rozrywki. Zaczęła grzebać, ale nie mogła znaleźć. Wtem przypomniała sobie, że świecili latarką grając w karty. Podeszła do tamtego miejsca i chwyciła ją. Wyszła na zewnątrz. Ani śladu po Jayu. Wystraszyła się.
-Jay… Jay, gdzie jesteś?- Powiedziała do ciemności.- Jay, coś ci się stało? Gdzie jesteś? Jay!- Była przerażona.- Jay!
-Cicho. Tu jestem- usłyszała głos z tyłu domu. Poszła w tamtą stronę. Idąc, zahaczyła o coś nogą. Wywróciła się.
-Au…
-Nic ci się nie stało?- Zapytał zatroskanym głosem Jay.
-Nie, nic. Dlaczego stamtąd poszedłeś?- zapytała z wyrzutem.
-Oh, przepraszam, ale długo cię nie było, a oni zginęli mi z zasięgu wzroku. Chciałem zobaczyć chociaż w którą stronę idą.
-No dobra, chodźmy.
Szli w stronę, którą pokazał Jay. Po chwili Oddalił się od niej.
-Jay, Jay! Proszę cię, nie oddalaj się. Nie włączyłam jeszcze latarki i nic nie widzę, a chcę oszczędzać baterie. Chodź tu…
-Oh… Zostawić cię chwilę samą…
-Ja się boję… Idziemy niewiadomo za kim, niewiadomo gdzie. A może to pułapka? Ja się boję.
Jay zbliżył się w jej stronę.
-Złap mnie za rękę, nie oddalimy się w ten sposób za bardzo- mówiąc, wystawiał rękę.
Po chwili wahania, złapała jego dłoń. Popatrzyli sobie w oczy.
-Chodźmy…- Powiedziała speszona.
Szli jakoś pół kilometra za… Właściwie nie wiedzieli za kim. Nie chcieli się zbytnio zbliżać, żeby ich nie zauważyli. Szli ciągle drogą polną. Minęli punkty odzieży i wyżywienia. Potem minęli park i jezioro.
Kiedy doszli do tej części, w której mieszkały wampiry, coś dziwnego zaczęło się dziać. Za tymi… Sami nie wiedzieli za czym, zaczęły wychodzić ze swojej posesji mieszkańcy i iść za nimi. W końcu musieli trochę zwolnić i zwiększyć dystans między sobą, a nimi, bo w końcu mogło by się to dla nich źle skończyć.
Tłum zaczął wchodzić do… punktu krwi. Fiona spojrzała przerażona na Jaya.
-Chyba nie mają zamiaru tego kogoś zjeść?
-Najwidoczniej mają taki zamiar. Proponuję stąd zwiewać, zanim skończymy tak samo jak ten nieszczęsny człowiek.
-Ciszej.- Szepnęła.- Doszliśmy aż tutaj, nie mam zamiaru wracać. Dowiedzmy się, co oni konkretnego tutaj robią.
-Chyba nie masz zamiaru wejść do pomieszczenia pełnego wampirów?
-Racja.- Spojrzała na dach. Było w nim mnóstwo szpar. Wiedziała o tym, bo widziała, jak światło błyskało stamtąd.-Wejdziemy na dach.
-Co? Fiona, okej. Jesteśmy dość odważni, żeby tu przyjść równo o północy, ale przesadzasz, żeby wchodzić na dach. Nie wiadomo, czy nas zauważą, a konstrukcja może się zawalić.
-Doszliśmy aż tutaj. Nie zamierzam rezygnować. Ja wchodzę, a ty jak nie chcesz, to nie musisz.- Fiona nie chciała przegrać.
-No dobra. Wejdę tam z tobą. Samej cię tam cie puszczę.- Spojrzał jej prosto w oczy.- Chcę, żebyś była bezpieczna. -Zrobiło jej się ciepło na sercu. Naprawdę poczuła się bezpieczna.
Weszli na drzewo obok punktu krwi. Po gałęzi przeszli na dach. Fiona przy tym o mało nie spadła, ale w porę złapał ją Jay.
-Dziękuje.- Powiedziała.
W odpowiedzi uśmiechnął się do niej.
Dach był stromy. Jednak był dziurawy, więc można było patrzeć, co się dzieje w środku.
Wszystkie wampiry siedziały w rzędach ławek. A z przodu był wamp w białej pelerynie. Trzymał za rękę kobietę. Generalnie wszystko wyglądało, jakby byli w kościele. Był nawet ołtarz, ale bez żadnych specjalnych znaków. Ten w pelerynie, zwrócił się do kobiety.
-Czy może widzisz tu coś?- Wskazał popisaną kartkę. Fiona nie widziała z góry co na niej pisze, ale zarysy napisanego tekstu wyglądały, jakby był tam jakiś wiersz.
-Nic, to tylko zwykła, biała kartka.- Odpowiedziała mu kobieta. Fiona zdziwiła się. Wyraźnie z góry widziała tam jakieś napisy.
-Naprawdę nic? Może jakieś szlaczki, rysunki, może coś tam pisze? Naprawdę nic nie widzisz? Przyznaj się, to ważne! Jeśli coś widzisz na tej kartce, powiedz nam to, bo w takim razie byłabyś za cenna, żeby cię po prostu zjeść. Tylko nic nie kombinuj, bo to się skończy dla ciebie śmiercią w mękach!
Fiona zaczęła drżeć. Nic nie rozumiała. Dlaczego ona widziała napis na tej kartce, a kobieta nie? A tak w ogóle, to oni mięli zamiar ją zjeść! Ale wolała nie dać się zauważyć. To mogło by być ryzykowne.
-Nie, nic tu nie widzę!- Powiedziała nerwowo kobieta.
-To szkoda.- Powiedział wampir, po czym szybkim ruchem noża, odciął jej głowę… Jej krew przelał do kielichów, jakby mszalnych. Dał je wszystkim wampirom, a one zaczęły się pożywiać.
-Chodźmy stąd.- Szepnęła Fiona do Jaya.
-Dobry wybór.- Odszepnął jej.
Wrócili do domu. Fiona była cała spocona, więc po raz kolejny umyła się.
Było już grubo po północy. Prawdopodobnie druga, czy trzecia. Jednak ona nie mogła usnąć. Ciągle myślała tylko o tej kobiecie, którą zabili, żeby się najeść. I o tej kartce, na której kobieta nic nie zobaczyła, ale Fiona owszem.
Fiona nie mogła się wyzbyć obrazu, który tam zobaczyła. Wyraz twarzy kobiety. Ten strach i późniejsza śmierć. Tyle krwi… A to wszystko oni tak po prostu wypili z uroczystego kielicha. Była tym taka obrzydzona. Współczuła tej kobiecie.
Nadeszły ją wyrzuty sumienia. Ta kobieta tam umarła. Fiona jej nie uratowała. Po prostu stała tam i patrzyła.
Usnęła dopiero nad rankiem.

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział 4



-Jesteś pewna?- Spytała Jessica.
-Tak.- Odparła.-Jestem im to winna.
-Sądzisz, że ona przeżyła?- Zapytała zdziwiona Jessica.
-Zostawiłam ją tam. Jestem okropna. Jeśli przeżyła, zapewne jest na mnie wściekła. Chcę wszystko sprostować.
-Już nie ma co prostować, Kate. Ona nie żyje. Przyjmij to do świadomości.
-Przepłakałam za nią wiele dni i nocy. I będę płakała dalej, tym razem za Fioną. I twoją Claire, choć jej jeszcze nigdy na oczy nie widziałam. Wyrzuty sumienia będę miała do końca życia. Pozwól mi wszystko naprawić. Będziesz się opiekowała moim synem?
-One pewnie jeszcze żyją. Masz jeszcze czas. Klątwy i tak nie zdążysz przed pełnią odwrócić. Już próbowałyśmy. Ale jeśli musisz, poczekaj na mój poród. Nie ma kto się zaopiekować moimi dziećmi. Zrobisz to dla mnie, Kate, zanim wyruszysz? Zresztą następny wywóz za rok.
-Niekoniecznie.
-Ty chyba nie chcesz…- Zaczęła przerażona Jessica.
-Owszem, chcę. Dla całej trójki.
-Nie wiadomo, co ci zrobią! Pomyśl o synu!
-Zrobię co w mojej mocy, aby wszystko sprostować i wrócić żywa.
-Będą trzymała za ciebie kciuki. Tylko proszę, poczekaj na mój poród.
-Dobrze.
*
Fiona wszystko skończyła. Zawiesiła firanki na patykach, pomogła zbudować całkowicie dom starszej pani, poprała ubrania. Poszła z Claire i Jayem na obiad. Wielkim rozczarowaniem był fakt, że dostali na obiad to samo, co poprzedniego dnia. Ziemniaki, kotlet, buraczki. Na śniadanie jajecznica, a na kolację poprzedniego dnia były kanapki.
-Co dzisiaj robimy?- Zapytała Claire podczas
-Może pozwiedzamy to miejsce?- zaproponował Jay.
-No jasne.- Zgodziła się Fiona bez entuzjazmu. Nie miała na nic ochoty. Bolały ją plecy i ręce po wcześniejszym przepracowanym dniu. Nagle przypomniała jej się rozmowa z nieznajomą w lesie.
-Jak sądzicie, po co tu jesteśmy?- Spytała Fiona.
-Jeszcze nie wiem, ale to się wydaje podejrzane.- Stwierdził Jay.
-Mamy tu to, co jest potrzebne do życia. Ubrania, jedzenie, dom. Ale coś za coś. Będziemy musieli coś oddać. I domyślam się, co to jest.
-Ale z ciebie prorok!- Rzuciła Claire.- No, mów!
-Oddamy tu życie.
-Że co?!- Krzyknęli razem Claire z Jayem.
-Dają nam wszystko, co do życia jest potrzebne. Nie wydaje wam się to dziwne? Nie każą nam pracować, nie licząc budowy domu, w którym mięlibyśmy mieszkać. Wodę nam podłączyli. Chcą w miarę możliwości, żeby nasze życie miało jakieś barwy, zanim je im oddamy.
-Ale niby po co mamy komuś oddawać życie?- Zdziwiła się Claire.
-My w tej stołówce dostajemy pożywienie. Może i my mamy być pożywieniem dla nich?
-Ale jak to…?- Jay zbladł.
-Chcą nas zjeść.
-Dziewczyno, czy ty masz jakieś urojenia? – Zapytała niedowierzająca Claire.
-Tu są wampiry. Kiedyś było mnóstwo zaginięć- wampiry zjadały ludzi. Burmistrz, żeby temu zaradzić, co roku przysyła im osiemnaście osób do zjedzenia. Fakt, jest tu sporo osób, Ale widocznie, albo robią sobie zapasy, albo jesteśmy im potrzebni do czegoś jeszcze innego. Wolę nawet nie wiedzieć do czego.
-Skąd te wszystkie podejrzenia?
-Widzieliście te oczy? Tej kobiety, która nas odprowadzała od bramy, do stery drewna?
-Tak- odpowiedział Jay.
-Miała dziwne oczy. Błyszczały, jak diamenty. Tak samo temu mężczyźnie, który montował wodę. Nie zdziwiło was to?
-Szczerze? Nie zwróciłam na to uwagi.- Powiedziała Claire.
-A poza tym, rozmawiałam z kimś, kto nie jest tu nowy. To tamta dziewczyna mi powiedziała, co my tu robimy. Och, nie była za miła, ale dowiedziałam się czegoś więcej od niej.
Nastało milczenie. Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć. Opuszczając stołówkę, nikt nie odezwał się nie słowem. Każdy rozważał to, czy są wśród wampirów.
Po obiedzie poszli zwiedzać miejsce, w którym się znaleźli. Poszli wzdłuż polnej drogi między punktem odzieży, a punktem wyżywienia.
Kiedy przeszli około jednego kilometra, zauważyli malutki budynek. Pisało na nim: „Punkt rozrywki”.
-Jak skończymy zwiedzać wszystko, zobaczymy co tam jest?- Zapytał Jay.
-Tak.- Zgodziła się Fiona.
Jakieś pół kilometra dalej po obu stronach drogi był park. A po prawej stronie była mała muszla koncertowa. Bawiły się na nim małe dzieci. To, według Fiony, był absurd mieć tutaj dzieci. Ale nie dziwiła się aż tak bardzo.
Dalej po lewej stronie, było przepiękne jezioro. Tafla wody błyszczała, odbijając promienie słoneczne. Było około godziny piątej. Jednak nikt nie kąpał się w wodzie. Fionie bardzo spodobało się to miejsce.
Kiedy szli dalej zawijasami drogi, doszli do następnej części tego miejsca. Było tu mnóstwo pięknych, ogromnych domów. Było to około pięćdziesiąt willi. Część mieszkańców tych wspaniałych budowli było na zewnątrz. Niektórzy plewili ogrody, inni się opalali, lub po prostu siedzieli w domach, czy odwiedzali sąsiadów. Kiedy szli tą drogą, wszyscy zza ogrodzeń dziwnie na nich spoglądali, swoimi wielkimi, błyszczącymi jak diamenty oczami.
Fionę przeszły ciarki. Miała nadzieję, że to nie były wampiry patrzące na nich, jak na posiłek.
Dalej zauważyli budynek, który był jakimś punktem. Jednak był inny niż wszystkie. Wyglądał jak świątynia. Dopiero po chwili Fiona zauważyła napis: „Punkt krwi”. Wymieniła przerażone spojrzenie z Claire.
Odwróciła wzrok. Popatrzyła do tyłu i…
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!
-Nie wrzeszcz tak, mamy dobry słuch- powiedział tajemniczy człowiek, który cicho stał za nimi. Fiona wcześniej go nie zauważyła i przestraszyła się na jego widok. Był bardzo cichy.
-To… to prawda? Jesteście wampirami?
-Istotnie, szybko się o tym dowiedziałaś, jak na kogoś, kto dopiero przybył, panno Divers.
-Skąd pan wie, kim jestem?- Zapytała przerażona Fiona.
Nieznajomy pokazał jej kły. Przeszły ją ciarki. Cofnęła się do tyłu. Zaczął się śmiać, po czym je schował.
-Musimy sobie coś wyjaśnić. Za chwilę chcę was widzieć w parku, inaczej źle się to dla was skończy, zrozumiano?
-Tt-taak.- Wyjąkała Fiona. Rzucili się do biegu. Chcieli być jak najszybciej na miejscu. Kiedy dotarli, byli zdyszani. Usiedli na jednej z ławek w widowni. Ze zdziwieniem zauważyli, że koło nich siedział wampir. Ten, który kazał im tu przyjść… Nawet go nie zauważyli siadając tam.
-A więc, znacie moją żonę?
-Ż-żee, że co?
-Och tak, pachniecie moją żoną. Cała trójka. Ona tu jest?
Fionie przypomniała się staruszka.
-Tak, ona tu jest! Ona miała nadzieję że pana spotka, że pan jeszcze żyje!
-Zaprowadźcie mnie do niej.
-Ale zaraz, chwila moment… Skąd pan wie, kim jestem?- Spytała Fiona.
-Bo pachniesz tak, jak ona. Tak, jak twoja matka. A panna Rogers pachnie tak, jak Jessica.
-Co? Skąd pan zna moją matkę?- Do rozmowy wtrąciła się Claire.
-Och, wszyscy znają Kate i Jessice. Dwie przyjaciółeczki. One tutaj już były- wyjaśnił wampir- i jako jedyne, uciekły. Nikomu innemu się to nie udało.- Dziewczyny zdziwiły się. Pierwsze co słyszały. Były wręcz w szoku.
-To wszystko wyjaśnia.- Zamyśliła się Fiona.
-Tak- Dodała Claire.
-Jeszcze jedno pytanie, zanim zaprowadzimy pana do pańskiej żony… Na co tu tyle ludzi?
Wampir się speszył. Pokazał kły. Powiedział:
-To ja tu ustalam zasady, zaprowadzacie mnie, albo utracicie życie. Co wybierasz, panno Divers?
Fionie pociemniało przed oczyma. Oczywiście, że wybierała życie. Poza tym, życzyła staruszce odnalezienie męża.
Zaprowadzili go. Aż pod same drzwi, mimo, iż zapewne od dawno czuł jej zapach.
Zapukał. Staruszka otworzyła drzwi. Popatrzyła na niego. W jej oczach zagościło szczęście.
-To… to ty?- Zapytała niedowierzająca staruszka.
-Tak, moja żono.
W jego oczach pojawiła się łza. Podszedł do niej, a ona rzuciła mu się na szyję. O nic nie pytała. Nawet o to, dlaczego się nie postarzał, a ciągle wyglądał młodo.
Jay szepnął do Fiony.
-Może zostawimy ich samych?
-Tak, oczywiście.
Odeszli. Fiona mimowolnie się uśmiechnęła. To było wzruszające. Odnaleźli siebie po latach. Ich miłość tyle przetrwała. Tyle lat rozłąki.
Usłyszała grę trąbki. Kolacja. A na nią kanapki.
Po kolacji, Fiona poszła z Claire, oraz Jayem do punktu rozrywki.
Nie wiedzieli, czego się spodziewać. Ale było tak samo, jak w punkcie odzieży- „zameldowali się” i każdy dostał po reklamówce. To nie do końca było meldowanie się. Raczej wpisanie się na listę, żeby nikt nie dostał dwa razy.
Kiedy wrócili do domów, bo było już późno, Jay poszedł do siebie, a do Fiony przyszła Claire.
Rozpakowały reklamówki. Każda z nich dostała to samo. Mianowicie: talia kart, latka, baterie do latarki, skakanka, jakaś gra planszowa, puzzle, ziarna kwiatów, mała koneweczka, trzy małe doniczki. I to wszystko. Więc jeśli ci się nudzi, zasadź sobie kwiaty, zagraj w karty, czy grę planszową. Albo idź sobie w nocy na przeszpiegi.
-Gramy w karty?- Zapytała Claire.
-Tak. W remika?
-Może być. Daj swoją talię, potasuję.
-Spoko i tak za dobrze nie tasuję. A jak będziesz rozdawała, to mi piętnaście kart, a sobie czternaście.
-Wow, no co ty?
-Tak tylko mówię.- Powiedziała Fiona.
-Hej. To jak w końcu z tym Jayem?
-Normalnie, polubiłam go. Z resztą ty też.- Stwierdziła Fiona bez cienia wahania.
-Nie no, nie kłam. Możesz mi powiedzieć prawdę. Jesteśmy przyjaciółkami. Podoba ci się, no nie?
-Wykładasz, ja ciągnę.
-Wiem, nie zmieniaj tematu, Fiona. Weź powiedz. No nie wygadam. Z resztą i tak nie ma komu. Proszę cię! Wiem, że ci się podoba.
-Nie podoba mi się… Znaczy, nie no, jest przystojny, ale nie podoba mi się w sensie, że się zauroczyłam czy coś…
-Mhm… I tak ci nie wierzę.
-Hej, a może ty, Claire, ty się w nim zakochałaś?
-Ja nie, ale widzę, jakim wzrokiem na niego patrzysz. Zresztą on rozmawia głównie z tobą, ze mną raczej nie. Racja?
-To nie tak… Nie do końca… On po prostu…- Fiona nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia.
-Wykładasz kartę. Podobasz mu się. Pierwszego dnia, ja tak samo jak ty potrzebowałam pomocy, a on podszedł akurat do ciebie. Tobie pomógł, nie mi. Musi się coś z tym wiązać.
-Ja po prostu byłam bliżej! No Clarie, przestań robić dochodzenia. Pomógł i tyle.
-A na stołówce? Usiadł koło ciebie. I łazi za nami. Fiona, otwórz oczy, on musi coś do ciebie czuć!
-Usiadł koło nas, bo było wolne miejsce. A łazi za nami, bo nie ma tu kolegów. Nie ma tu praktycznie nikogo w naszym wieku, żeby był chłopakiem. Koniec tematu.
-No dobra, jak chcesz, ciągnij kartę.
Kiedy Clarie poszła, a Fiona się umyła, położyła się w łóżku, a usypiając rozmyślała o Jayu. I o mamie, która kiedyś już tu była.

 `````````````````````````````````````````````````````````````````

Zapraszam do komentowania. Interesuje mnie co sądzicie o moim blogu, co wam się w nim podoba, a co wręcz przeciwnie. Informuję, że mój blog jest tematyki fantastycznej, więc będą się działy dziwne rzeczy. Póki co, opowieść się dopiero rozkręca, ciekawiej zrobi się w 6 rozdziale.

wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 3



-Wysiadać! Ruchy, ruchy! No ruszacie się jak muchy w smole! Dawać, dawać! Szybciej! Ustawić się w dwa szeregi! Baczność! Spocznij! Kolejno odlicz!- Policjant wyprowadził z przyczepy ludzi w jakiś oddział zamknięty. Stali przed bramą. Jak się Fiona domyśliła, mieli znaleźć się za nią.
-Jeden!
-Dwa!
-Trzy!
-Cztery.
-Pięć!
-Sześć!- odezwała się Fiona z pierwszego rzędu. Zaraz za nią stała Claire
-Siedem!
-Osiem!
-Dziewięć!
-Dzieś…
-Cicho mi być! Tylko pierwszy szereg odlicza! Osiemnaście osób jest, oddaję was pod opiekę tego człowieka- wskazał palcem wskazującym na jakiegoś trzydziestolatka, po czym oddalił się do tira. Wraz z kierowcą odjechał zostawiając ich na pastwę losu.
-Pewnie jesteście głodni.
-Tak!- Krzyknęli chórem ludzie.
-To dobrze. Zjedzcie, to być może jest wasz ostatni porządny posiłek.- Te słowa Fionę przeraziły. Jednak była tak głodna, że razem z innymi poszła na ucztę. Nie jadła nic, od wieczoru poprzedniego dnia. Jechali całą noc bez picia i jedzenia, a dotarli dopiero koło południa.
Jedzenie, jak stwierdziła Fiona, było naprawdę dobre. Knedle były najwyższej jakości. Pierogi robił chyba królewski kucharz, a frytki były smaczne, zdrowe i chrupiące. Zważywszy na to, co podawali w więzieniu, to było jak boskie pożywienie.
Ta chwila nie trwała długo, bo gdy skończyli jeść, trzydziestolatek odezwał się.
-Dwa szeregi! Dobrze. Kto sądzi, że z całego towarzystwa najlepiej gotuje, wystąp!- wystąpił pulchny czterdziestolatek. Można było się domyśleć, że ma coś wspólnego z kuchnią.- Dobrze. Stań koło mnie. Cała reszta po przekroczeniu tej oto bramy stoi i czeka na kogoś, kto was zaprowadzi w odpowiednie miejsce. Tam zastaniecie drewno i dwie szyby. Macie sobie zbudować dom. Jedna szyba jest przeznaczona do pomieszczenia, w którym będziecie spali, a druga, do pomieszczenia, które macie urządzić jako łazienkę. Oczywiście, o kiblu możecie pomarzyć, po prostu zróbcie dziurę w podłodze, najlepiej wykopać dwu czy trzy metrowy dół. Co do prysznica, ktoś wam załatwi jakiś strumień ze ściany. Aha, jak widać, nie macie ubrań na przebranie. Są tam dwa punkty: do jednego zgłaszacie się na śniadanie obiad i kolację, a do drugiego po odzież. W tym punkcie z odzieżą dostaniecie też jedną firankę i jedną zasłonę do okien w waszych ubogich domach, które macie sobie sami zbudować. Nie ma tam pralek, ja zapewne do tej pory mięliście w swoim własnym domu. Myjecie ubrania ręcznie w pomieszczeniu, które będzie jako łazienka. Przykro mi, panowie, ale według zasad, instrukcję budowy domu- krok po kroku- dostaną panie. Jakieś pytania? Nie? To dobrze- zignorował podniesione ręce co najmniej pięciu osób.
Rozdał ulotki kobietom. To był jakiś koszmar.
-Otworzę bramę, a wy od razu macie tam przejść, bez oporów, bo zostaniecie ukarani.
Otworzył ogromną bramę kluczem, a oni przeszli na drugą stronę. Zaraz za nimi potężne drzwi zostały zatrzaśnięte, jakby w obawie, że ktoś zechce uciekać. Ale nie było dokąd. Podpowiadała to intuicja Fiony.
Czekała tam na nich kobieta. Miała na oko dwadzieścia lat. Ale jej wzrok- z nim było coś nie tak. Oczy mocno błyszczały. Jak drogocenny brylant, tylko, że na zielono.
-Proszę za mną.- Ton miała chłodny i obojętny, tak bardzo, że nikt nie miał ochoty z nią dyskutować.
W jednej chwili potężna brama otworzyła się i zamknęła. Wszedł czterdziestolatek, który zgłosił się, że dobrze gotuje. Poszedł inną drogą niż oni wszyscy.
Kobieta prowadziła ich po lesie. Przeszli jakieś dwa kilometry, zanim dotarli na miejsce.
-To tutaj. Zajmijcie sobie miejsca. Chyba wiecie, co robić?- I odeszła. Tak po prostu. Zostawiła ich nad stertą drewna. Fiona cieszyła się, że dostała instrukcję. Chociaż tyle pomocy.
Fiona zajęła miejsce obok Claire. Ważne, że była koło nowej przyjaciółki. Rozejrzała się. Było tam mnóstwo drewnianych domków wykonanych z tych samych materiałów, które dostali oni. Nie wiedziała co o tym sądzić.
Zabrała się do budowania. Robiła wszystko tak, jak w instrukcji. Najpierw znalazła w stercie trzy ogromne deski. Położyła je koło siebie. To pewnie miał byś pokój, w którym będzie spała. Wyrównała te deski. Wzięła gwoździe i przybijała deski do ziemi. Już miała dosyć, ale wiedziała, że musi skończyć przed nocą. Źle by to było spać pod gołym niebem, a zwłaszcza, że nie wiedziała, co będzie musiała robić następnego dnia. Fiona nie wiedziała, czy będzie miała jeszcze kiedykolwiek czas skończyć dom.
Znalazła deski połączone tak, że robiły za jedną ścianę. Była w nich jedynie dziura, w którą miała włożyć szybę. Zniechęcona Fiona pomyślała, że najlepiej, jak posortuje wszystko, co ma. Osobno dawała: dawała deski na podłogę w łazience, ściany, szyby, drzwi, gwoździe, materiały na dach i inne rzeczy, których chwilowo nie potrzebowała. Gdy skończyła sortowanie, była zziajana.
Usiadła na podłodze. Zaczęła się przyglądać Claire, która przekładała deski, czegoś szukała, ale nie zrobiła niczego konkretnego. Nagle Po jej głowie przebiegła nutka niepokoju. Skoro ona, młoda dziewczyna nie dawała sobie zbytnio rady, to jak radziła sobie miła staruszka? Zaczęła szukać jej wzrokiem. Była cztery sterty drewna dalej. Jako jedyna, siedziała na trawie. Miała głowę na kolanach. Chyba płakała. Fionie zrobiło się jej żal. Podeszła do niej.
-Proszę pani! Niech się pani nie martwi. Wezmę panią na noc do mojego domu. Jutro pomogę pani zbudować to, w czym pani będzie spała. Proszę się nie martwić.
-Dziękuje ci dziecko. Ja już nie mam sił do tego, wybacz mi, ale ci nie pomogę. Nie dam rady.
-Rozumiem i nie mam tego za złe. Może jutro jakiś mężczyzna zainicjuje przy budowie pani domu. Dzisiejszą noc może pani spędzić u mnie. Ja już wracam do budowy.
-Wracaj, wracaj. Dziękuje.- Fiona odeszła.
Fiona podeszła do sterty drewna. Jak zauważyła, niektórzy mięli już ściany, a ona dopiero podłogę. I jeszcze niecałkowitą. Postanowiła, że musi najpierw skończyć pomieszczenie do spania, a łazienkę zrobi potem, jak jej starczy czasu. Nie wiedziała, czy sobie da radę. Przy sortowaniu wszystkiego, najwięcej problemów miała ze ścianami, gdyż były bardzo ciężkie. Nie wiedziała, jak postawić i utrzymać ściany swoimi siłami, jednocześnie przytwierdzając gwoździami do podłogi.
Zatęskniła za domem- za zrzędliwą matką i dokuczliwym młodszym bratem. Mogła posłuchać i wrócić wcześniej. Jednak ona wiedziała swoje. No i pięknie się wpakowała.
Przeciągnęła ścianę do podłogi. Zaczęła podnosić. Kiepsko jej wyszło. Wyślizgnęła jej się z ręki i prawie przygniotła stopy. Prawie, bo w porę złapała i zaparła się. Pchała ile miała sił. Jednak za mało. Ledwo ją trzymała, ale nie miała wystarczająco sił postawić ją do pionu. Łza spłynęła jej po policzku. Fiona nie wiedziała jak sobie da radę z tą i pozostałymi ścianami.
-Może pomóc ci?- Zapytał ją ktoś. Fiona po głosie rozpoznała, że to chłopak.
-Tak, dziękuje.
Podszedł i pomógł jej doprowadzić ścianę do ładu. Razem zrobili to z łatwością.
Fiona dokładnie przyjrzała się chłopakowi. Był wysoki. Miał mniej więcej tyle samo lat, co ona. Jego włosy były ciemnobrązowe. Był, jak nie patrzeć, nawet przystojny.
-Dziękuję ci. Sama bym sobie nie dała rady.
-Wiem, widziałem jak sobie radzisz. Nie ma za co.
-Jak masz na imię?
-Mam na imię Jay. A ty?
-Fiona. Miło mi.
-Mi też miło. Jak już tu jestem, pomogę ci ze wszystkimi ścianami, bo tak sobie radzisz, że głowa boli od patrzenia.- Fiona zarumieniła się
-Oh… To nie moja wina, że sobie nie radzę.- Tłumaczyła się.
-Wiem, wiem. Masz prawo- jesteś w końcu dziewczyną. Pomogę ci zbudować całkiem dom. Mój jest już prawie skończony, tylko jeszcze muszę jakoś wsadzić szyb do dziur. Nie potrafię, może ty dasz radę?
-Oh, tak! Już idę, wstawię ci szyby! Mam mniejsze palce niż ty, będzie mi łatwiej.
Wskazał jej palcem drogę. Wcześniej nawet nie zauważyła, kogo ma za sąsiada po lewej stronie. Był nim Jay. Weszła do środka. Nic w środku nie było. Totalna pustka. Podeszła do dziury w ścianie. Złapała szybę. Zaczęła mocować się ze ścianą. W końcu szyba weszła. Poszła do „łazienki”. Z doświadczenia z wkładania pierwszego okna, wiedziała, że najpierw trzeba górę przyłożyć do górnej części dziury w ścianie, potem wchodzi cała reszta. Tym razem miała mniejsze problemy. Gdy skończyła, wróciła do swojego domu.
Ze zdziwieniem zauważyła, że Jay postawił już cztery ściany! Podeszła do niego.
-Oh! Ile już zrobiłeś! Dziękuję!
-Nie ma za co, drobiazg.
W tym momencie usłyszeli głośną grę trąbki. Ludzie zaczęli wychodzić z domów i szli w stronę budynku. Był nim punkt żywnościowy.
-Pewnie wzywają nas na obiad!- Zauważył Jay.
-Tak, chodźmy!- Powiedziała Fiona.
-Ale, ja przyjdę zaraz. Najpierw muszę coś załatwić.
-No okej.
Fionie przypomniała się Claire. Odkąd zaczęli budować, ani razu się do niej nie odezwała. Clarie pewnie widziała ją z Jayem. Może pomyślała od razu niewiadomo co!
Fiona podeszła do przyjaciółki.
-No to co? Idziemy na obiad!
-Zaraz, zaraz, chwila moment, chyba nie myślisz, że ujdzie ci to na sucho?- Powiedziała Claire.
-A niby co ma mi ujść na sucho?- Zdziwiła się Fiona.
-Opowiadaj, ze szczegółami!
-Jak budowałam?
-Nie bądź głupia, dobrze wiesz, o co mi chodzi.
-O tego chłopaka?
-No jasne!
-On mi TYLKO pomagał mi przy budowie mojego domu.
-Jasne, a i przy okazji jest brzydki, jak stary karaluch!- Przedrzeźniała Fionę Claire.
-No dobra, jest ładny, ale on mi tylko pomagał. Koniec tematu.
-No okej. Idziemy na obiad.
Punkt żywnościowy wyglądał jak wielka stołówka. W tym ogromnym pomieszczeniu, było mnóstwo stolików po trzy osoby. Ten budynek składał się z dwóch pomieszczeń- kuchni i jadalni. Ściany stołówki tworzyły okrąg pomalowany na żółto.
Na stołówce było około dwustu osób. To bardzo dziwne, że aż tyle ludzi zostało złapanych w godzinę policyjną.
Fiona z Claire zajęły jeden z trzyosobowych stołów. Ktoś powiedział:
-Mogę się przyłączyć?
Fiona obróciła się do tyłu. Jay.
-Tak, oczywiście. Nie mamy nic przeciwko.- Powiedziała Claire. –Jak masz na imię?
-Jay. Pomagałem Fionie przy budowie domu.
-Tak, widziałam.- Fiona wtrąciła się do rozmowy.
-Bardzo dużo mi pomógł. Została mi tylko jeszcze łazienka. Jak skończę mój dom, muszę pomóc tej staruszce – nie ma już sił sama zbudować.
-To ja wam pomogę!- Powiedział chłopak z entuzjazmem.- To ty Fiono zrobisz sobie łazienkę, a ja pomogę tej kobiecie, żeby chociaż miała gdzie spać.
-To dobrze, dziękuję.
Do ich stolika podszedł czterdziestoletni pulchny mężczyzna, który zgłosił się do gotowania. Miał ze sobą trzy talerze. Każdemu dał po jednym.
„Ziemniaki z kotletami oraz buraczkami- nie jest aż tak źle”. Pomyślała Fiona.
Zaczęli jeść obiad. Fionie coś się przypomniało.
-Kiedy montują wodę?- Rzuciła nagle.
-Dzisiaj wieczorem. - Odpowiedziała Claire.- A co?
-Bo może tej pani zrobić łazienkę, a na noc wezmę ją do siebie, bo chodzi o to, że musi się gdzieś kąpać. Wodę doprowadzają do naszych domów tylko dzisiaj, a pomieszczenie, w którym będzie spała równie i dobrze można zrobić jutro. Rozumiecie?
-Słuszna uwaga, ale ty też jeszcze dzisiaj musisz zrobić łazienkę. Dasz sobie sama radę?- Zapytał zatroskany Jay.
-Jakoś dam. A ty, Claire, zrobiłaś już łazienkę?
-Znaczy ja mam tylko łazienkę. Od niej zaczęłam. Zawsze można zanocować w kiblu- zaśmiała się.
-Łazienka najważniejsza. Dobra, ja już zjadłam, lecę do budowli, bo jeszcze muszę wykopać dziurę zamiast kibla. No, Nara!
-Nie zaczekasz na nas? Zaraz kończymy!- Zaprotestował Jay.
-Bardzo mi się śpieszy.
Wyszła z punktu żywnościowego. Nagle zdała sobie sprawę, że jest ciągle w tych samych ciuchach, co na przyjęciu urodzinowym u Amy. Bluzka z potu była już niewiarygodnie sztywna i przy okazji brudna. Postanowiła, że pod sam wieczór zagości w punkcie odzieży.
Doszła do swojego nowego domu, który w dalszym ciągu był nieładem. Tak właściwie to jedno pomieszczenie bez dachu obok sterty drewna. Tak, zapomniała, że jeszcze musi zrobić dach. Załamała się.
Podeszła do owego domu. Ułożyła podłogę obok sypialni. Wbiła gwoździe. I z trudem, ale postawiła ścianę dzielącą dwa pomieszczenia. Ta ściana była lżejsza, bo była w niej duża dziura na drzwi. Przygwoździła ją do podłogi. Nie miała pojęcia skąd, ale nabrała większej zręczności. Prawdopodobnie to było działanie obiadu. Wzięła łazienkowe drzwi. Włożyła je na zawiasy. Otwierała je i zamykała. Działały prawidłowo. Wzięła kolejną ścianę. Całkowicie z drewna. Uniosła ją lekko. Podstawiła kolano. Cały ciężar grubej, drewnianej ściany spoczywał na jej nodze. Zaparła się rękami i mocno popchała. Postawiła ją. Sama. Bez niczyjej pomocy.
Zabrała się za pozostałe dwie ściany. Dała radę. W ciągu pół godziny jej łazienka miała ściany!
Zerknęła w stronę staruszki. Jay stawiał ściany i pukał młotkiem. Starsza pani zaś coś mu podawała. Dawali sobie radę.
Fiona zaczęła kopać dół w miejscu półmetrowej dziury w podłodze. Było jej ciężko, a ziemia była twarda. Namachała się. Było jej ciężko. Ziemia, którą miała na łopacie, wyrzucała przez okno, w którym jeszcze nie było szyby. Bolały ją plecy i ręce. A miała jeszcze przed sobą mnóstwo pracy. Piekący ból w barkach nakazał jej chwilkę przerwy. Usiadła przed domem. Popatrzyła na resztę ludzi. Wszyscy ciężko pracowali, a ci, którzy już skończyli, pomagali innym. Wróciła do łazienki. Patrząc na dziurę, zdała sobie sprawę, że ma już około metra. Dała już sobie spokój z nią. Wstawiła szyby. Spokojnie dała sobie z nimi radę.
Popatrzyła na materiały dachowe. Dwie, ogromne deski, mniej więcej pięć na dwa metry. Było tam też mnóstwo siana. Deski dachowe w porównaniu ze ścianami były dość lekkie. Złączyła je razem i dała na budynek. Miała szpiczasty dach. A w dziury przodu i z tyły wypchała mniejszymi deskami i sianem.
-No, teraz to jakoś wygląda.- Powiedziała zadowolona. Skończyła budować własny dom. W jeden dzień. Jeszcze tylko włożyła drzwi wejściowe na zawiasy i upewniła się, że otwierają się i zamykają.
Poszła do staruszki. Ze zdziwieniem stwierdziła, że Jay zrobił już łazienkę. Jednak była bez dach, więc staruszka nie mogłaby tam nocować. Już miała pomóc w układaniu podłogi, gdy zauważyła, że ktoś wchodził do domu Jaya.
-Jay, zobacz! Ktoś wchodzi do twojego domu!- Krzyknęła do niego i pobiegli razem w tamtą stronę.
Weszli do domu. Drzwi do łazienki były otwarte.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry, młodzieńcze. To twój dom?
-Tak.
-Przyszliśmy zamontować wodę, zaraz sobie pójdziemy. Jeszcze pięć minutek i następny dom.
-Dobrze, nie przeszkadzamy.- odpowiedział Jay.
Kiedy skończyli, podeszli do domu Fiony.
-To twoje dzieło?- zapytał dziewczynę.
-Tak.- odpowiedziała Fiona
-Bardzo ładne, jak na trzynastolatkę.
-Skąd pan wie, że mam trzynaście lat?
-Wyglądasz na tyle…- Dodał speszony po pewnym czasie.
Kiedy oni montowali wodę, dziewczyna poszła do punktu odzieżowego po ubranie. Zameldowała się i wzięła torbę.
Jak wróciła do domu, nikogo nie było. Miała „zamontowaną” wodę. W rzeczywistości to była zwyczajna rura z czymś, czego nie można było nazwać zwyczajnym kranem. W pomieszczeniu do spania rozpakowała torbę.
Pięć koszulek z krótkim rękawem, jedne długie jedne krótkie dżinsowe spodnie, pidżama, pościel, koc, poduszka, zasłona, firanka i jedna bluza z kapturem i długim rękawem. Może ubrania nie były do końca w jej guście i tak była zadowolona.
Zabrała się za wieszanie firanek. Jednak był problem, bo nie było na czym. Postanowiła pójść do lasu w poszukiwaniu dwóch, w miarę prostych gałęzi.
Szła sporo czasu, zanim zobaczyła idealną gałąź. Zaraz obok była podobna. Zerwała je. Usłyszała za sobą:
-Co ty tu robisz?- Zaskoczona obróciła się. Była tam dziewczyna, na oko szesnastoletnia. Była uderzająco podobna do Fiony. Dziewczyna, średniego jak na swój wiek, wzrostu, brązowe, proste włosy. Zielone oczy, skrywające w sobie tajemnicę.
-Przyszłam po gałęzie.- Odpowiedziała spokojnie Fiona.
-To mój las!
-A niby kto dał ci prawo do przywłaszczenia go sobie?
-Oj, pyskujesz. To źle. Widać, że jesteś nowa. Mała rada dla ciebie: zjeżdżaj i nigdy nie wracaj!
-Bo co mi zrobisz?
-Naprawdę chcesz to wiedzieć? To mój las i robię w nim co chcę. Tutaj nie ma policji. Wampiry w nie- nie inwestują.- Fionę ogarnęły ciarki.
-Ale jak to: wampiry?
-Myślisz, że życie tutaj jest cudowne? Och tak, masz dom, który zbudowałaś w jeden dzień, masz jedzenie, ubranie, wszystko, co jest ci potrzebne do życia. Myślisz, że dlaczego się tu znalazłaś? By być pokarmem dla krwiopijców! Zdziwiona?
-Kłamiesz!
-Nie. Jeszcze się kiedyś o tym przekonasz. A teraz uciekaj, zanim ci coś zrobię.
Fiona posłuchała. Nie chciała się droczyć, że wampiry nie istnieją, z kimś takim, jak ona. A poza tym, miała co robić.
Kiedy wróciła, ułożyła siano na podłodze, co miało robić za łóżko. Zaścieliła pościelą. Dała poduszkę i położyła koc. Przypomniała sobie o staruszce. Pobiegła do niej, w miejsce, w którym powinna być. Nie myliła się, spotkała ją tam.
-Proszę pani, niech przyjdzie pani do mojego domu na noc!- Powiedziała.
-Dziękuje dziecko, ale dzisiaj będę spała pod gwiazdami. Miałaś dobre chęci, jednak nie, dziękuję.
Wróciła do siebie. Umyła się, jak stwierdziła, w zimnej wodzie. Poszła spać z bolącymi rękoma i kręgosłupem. Usnęła szybko wymęczona wydarzeniami dnia.