wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 3



-Wysiadać! Ruchy, ruchy! No ruszacie się jak muchy w smole! Dawać, dawać! Szybciej! Ustawić się w dwa szeregi! Baczność! Spocznij! Kolejno odlicz!- Policjant wyprowadził z przyczepy ludzi w jakiś oddział zamknięty. Stali przed bramą. Jak się Fiona domyśliła, mieli znaleźć się za nią.
-Jeden!
-Dwa!
-Trzy!
-Cztery.
-Pięć!
-Sześć!- odezwała się Fiona z pierwszego rzędu. Zaraz za nią stała Claire
-Siedem!
-Osiem!
-Dziewięć!
-Dzieś…
-Cicho mi być! Tylko pierwszy szereg odlicza! Osiemnaście osób jest, oddaję was pod opiekę tego człowieka- wskazał palcem wskazującym na jakiegoś trzydziestolatka, po czym oddalił się do tira. Wraz z kierowcą odjechał zostawiając ich na pastwę losu.
-Pewnie jesteście głodni.
-Tak!- Krzyknęli chórem ludzie.
-To dobrze. Zjedzcie, to być może jest wasz ostatni porządny posiłek.- Te słowa Fionę przeraziły. Jednak była tak głodna, że razem z innymi poszła na ucztę. Nie jadła nic, od wieczoru poprzedniego dnia. Jechali całą noc bez picia i jedzenia, a dotarli dopiero koło południa.
Jedzenie, jak stwierdziła Fiona, było naprawdę dobre. Knedle były najwyższej jakości. Pierogi robił chyba królewski kucharz, a frytki były smaczne, zdrowe i chrupiące. Zważywszy na to, co podawali w więzieniu, to było jak boskie pożywienie.
Ta chwila nie trwała długo, bo gdy skończyli jeść, trzydziestolatek odezwał się.
-Dwa szeregi! Dobrze. Kto sądzi, że z całego towarzystwa najlepiej gotuje, wystąp!- wystąpił pulchny czterdziestolatek. Można było się domyśleć, że ma coś wspólnego z kuchnią.- Dobrze. Stań koło mnie. Cała reszta po przekroczeniu tej oto bramy stoi i czeka na kogoś, kto was zaprowadzi w odpowiednie miejsce. Tam zastaniecie drewno i dwie szyby. Macie sobie zbudować dom. Jedna szyba jest przeznaczona do pomieszczenia, w którym będziecie spali, a druga, do pomieszczenia, które macie urządzić jako łazienkę. Oczywiście, o kiblu możecie pomarzyć, po prostu zróbcie dziurę w podłodze, najlepiej wykopać dwu czy trzy metrowy dół. Co do prysznica, ktoś wam załatwi jakiś strumień ze ściany. Aha, jak widać, nie macie ubrań na przebranie. Są tam dwa punkty: do jednego zgłaszacie się na śniadanie obiad i kolację, a do drugiego po odzież. W tym punkcie z odzieżą dostaniecie też jedną firankę i jedną zasłonę do okien w waszych ubogich domach, które macie sobie sami zbudować. Nie ma tam pralek, ja zapewne do tej pory mięliście w swoim własnym domu. Myjecie ubrania ręcznie w pomieszczeniu, które będzie jako łazienka. Przykro mi, panowie, ale według zasad, instrukcję budowy domu- krok po kroku- dostaną panie. Jakieś pytania? Nie? To dobrze- zignorował podniesione ręce co najmniej pięciu osób.
Rozdał ulotki kobietom. To był jakiś koszmar.
-Otworzę bramę, a wy od razu macie tam przejść, bez oporów, bo zostaniecie ukarani.
Otworzył ogromną bramę kluczem, a oni przeszli na drugą stronę. Zaraz za nimi potężne drzwi zostały zatrzaśnięte, jakby w obawie, że ktoś zechce uciekać. Ale nie było dokąd. Podpowiadała to intuicja Fiony.
Czekała tam na nich kobieta. Miała na oko dwadzieścia lat. Ale jej wzrok- z nim było coś nie tak. Oczy mocno błyszczały. Jak drogocenny brylant, tylko, że na zielono.
-Proszę za mną.- Ton miała chłodny i obojętny, tak bardzo, że nikt nie miał ochoty z nią dyskutować.
W jednej chwili potężna brama otworzyła się i zamknęła. Wszedł czterdziestolatek, który zgłosił się, że dobrze gotuje. Poszedł inną drogą niż oni wszyscy.
Kobieta prowadziła ich po lesie. Przeszli jakieś dwa kilometry, zanim dotarli na miejsce.
-To tutaj. Zajmijcie sobie miejsca. Chyba wiecie, co robić?- I odeszła. Tak po prostu. Zostawiła ich nad stertą drewna. Fiona cieszyła się, że dostała instrukcję. Chociaż tyle pomocy.
Fiona zajęła miejsce obok Claire. Ważne, że była koło nowej przyjaciółki. Rozejrzała się. Było tam mnóstwo drewnianych domków wykonanych z tych samych materiałów, które dostali oni. Nie wiedziała co o tym sądzić.
Zabrała się do budowania. Robiła wszystko tak, jak w instrukcji. Najpierw znalazła w stercie trzy ogromne deski. Położyła je koło siebie. To pewnie miał byś pokój, w którym będzie spała. Wyrównała te deski. Wzięła gwoździe i przybijała deski do ziemi. Już miała dosyć, ale wiedziała, że musi skończyć przed nocą. Źle by to było spać pod gołym niebem, a zwłaszcza, że nie wiedziała, co będzie musiała robić następnego dnia. Fiona nie wiedziała, czy będzie miała jeszcze kiedykolwiek czas skończyć dom.
Znalazła deski połączone tak, że robiły za jedną ścianę. Była w nich jedynie dziura, w którą miała włożyć szybę. Zniechęcona Fiona pomyślała, że najlepiej, jak posortuje wszystko, co ma. Osobno dawała: dawała deski na podłogę w łazience, ściany, szyby, drzwi, gwoździe, materiały na dach i inne rzeczy, których chwilowo nie potrzebowała. Gdy skończyła sortowanie, była zziajana.
Usiadła na podłodze. Zaczęła się przyglądać Claire, która przekładała deski, czegoś szukała, ale nie zrobiła niczego konkretnego. Nagle Po jej głowie przebiegła nutka niepokoju. Skoro ona, młoda dziewczyna nie dawała sobie zbytnio rady, to jak radziła sobie miła staruszka? Zaczęła szukać jej wzrokiem. Była cztery sterty drewna dalej. Jako jedyna, siedziała na trawie. Miała głowę na kolanach. Chyba płakała. Fionie zrobiło się jej żal. Podeszła do niej.
-Proszę pani! Niech się pani nie martwi. Wezmę panią na noc do mojego domu. Jutro pomogę pani zbudować to, w czym pani będzie spała. Proszę się nie martwić.
-Dziękuje ci dziecko. Ja już nie mam sił do tego, wybacz mi, ale ci nie pomogę. Nie dam rady.
-Rozumiem i nie mam tego za złe. Może jutro jakiś mężczyzna zainicjuje przy budowie pani domu. Dzisiejszą noc może pani spędzić u mnie. Ja już wracam do budowy.
-Wracaj, wracaj. Dziękuje.- Fiona odeszła.
Fiona podeszła do sterty drewna. Jak zauważyła, niektórzy mięli już ściany, a ona dopiero podłogę. I jeszcze niecałkowitą. Postanowiła, że musi najpierw skończyć pomieszczenie do spania, a łazienkę zrobi potem, jak jej starczy czasu. Nie wiedziała, czy sobie da radę. Przy sortowaniu wszystkiego, najwięcej problemów miała ze ścianami, gdyż były bardzo ciężkie. Nie wiedziała, jak postawić i utrzymać ściany swoimi siłami, jednocześnie przytwierdzając gwoździami do podłogi.
Zatęskniła za domem- za zrzędliwą matką i dokuczliwym młodszym bratem. Mogła posłuchać i wrócić wcześniej. Jednak ona wiedziała swoje. No i pięknie się wpakowała.
Przeciągnęła ścianę do podłogi. Zaczęła podnosić. Kiepsko jej wyszło. Wyślizgnęła jej się z ręki i prawie przygniotła stopy. Prawie, bo w porę złapała i zaparła się. Pchała ile miała sił. Jednak za mało. Ledwo ją trzymała, ale nie miała wystarczająco sił postawić ją do pionu. Łza spłynęła jej po policzku. Fiona nie wiedziała jak sobie da radę z tą i pozostałymi ścianami.
-Może pomóc ci?- Zapytał ją ktoś. Fiona po głosie rozpoznała, że to chłopak.
-Tak, dziękuje.
Podszedł i pomógł jej doprowadzić ścianę do ładu. Razem zrobili to z łatwością.
Fiona dokładnie przyjrzała się chłopakowi. Był wysoki. Miał mniej więcej tyle samo lat, co ona. Jego włosy były ciemnobrązowe. Był, jak nie patrzeć, nawet przystojny.
-Dziękuję ci. Sama bym sobie nie dała rady.
-Wiem, widziałem jak sobie radzisz. Nie ma za co.
-Jak masz na imię?
-Mam na imię Jay. A ty?
-Fiona. Miło mi.
-Mi też miło. Jak już tu jestem, pomogę ci ze wszystkimi ścianami, bo tak sobie radzisz, że głowa boli od patrzenia.- Fiona zarumieniła się
-Oh… To nie moja wina, że sobie nie radzę.- Tłumaczyła się.
-Wiem, wiem. Masz prawo- jesteś w końcu dziewczyną. Pomogę ci zbudować całkiem dom. Mój jest już prawie skończony, tylko jeszcze muszę jakoś wsadzić szyb do dziur. Nie potrafię, może ty dasz radę?
-Oh, tak! Już idę, wstawię ci szyby! Mam mniejsze palce niż ty, będzie mi łatwiej.
Wskazał jej palcem drogę. Wcześniej nawet nie zauważyła, kogo ma za sąsiada po lewej stronie. Był nim Jay. Weszła do środka. Nic w środku nie było. Totalna pustka. Podeszła do dziury w ścianie. Złapała szybę. Zaczęła mocować się ze ścianą. W końcu szyba weszła. Poszła do „łazienki”. Z doświadczenia z wkładania pierwszego okna, wiedziała, że najpierw trzeba górę przyłożyć do górnej części dziury w ścianie, potem wchodzi cała reszta. Tym razem miała mniejsze problemy. Gdy skończyła, wróciła do swojego domu.
Ze zdziwieniem zauważyła, że Jay postawił już cztery ściany! Podeszła do niego.
-Oh! Ile już zrobiłeś! Dziękuję!
-Nie ma za co, drobiazg.
W tym momencie usłyszeli głośną grę trąbki. Ludzie zaczęli wychodzić z domów i szli w stronę budynku. Był nim punkt żywnościowy.
-Pewnie wzywają nas na obiad!- Zauważył Jay.
-Tak, chodźmy!- Powiedziała Fiona.
-Ale, ja przyjdę zaraz. Najpierw muszę coś załatwić.
-No okej.
Fionie przypomniała się Claire. Odkąd zaczęli budować, ani razu się do niej nie odezwała. Clarie pewnie widziała ją z Jayem. Może pomyślała od razu niewiadomo co!
Fiona podeszła do przyjaciółki.
-No to co? Idziemy na obiad!
-Zaraz, zaraz, chwila moment, chyba nie myślisz, że ujdzie ci to na sucho?- Powiedziała Claire.
-A niby co ma mi ujść na sucho?- Zdziwiła się Fiona.
-Opowiadaj, ze szczegółami!
-Jak budowałam?
-Nie bądź głupia, dobrze wiesz, o co mi chodzi.
-O tego chłopaka?
-No jasne!
-On mi TYLKO pomagał mi przy budowie mojego domu.
-Jasne, a i przy okazji jest brzydki, jak stary karaluch!- Przedrzeźniała Fionę Claire.
-No dobra, jest ładny, ale on mi tylko pomagał. Koniec tematu.
-No okej. Idziemy na obiad.
Punkt żywnościowy wyglądał jak wielka stołówka. W tym ogromnym pomieszczeniu, było mnóstwo stolików po trzy osoby. Ten budynek składał się z dwóch pomieszczeń- kuchni i jadalni. Ściany stołówki tworzyły okrąg pomalowany na żółto.
Na stołówce było około dwustu osób. To bardzo dziwne, że aż tyle ludzi zostało złapanych w godzinę policyjną.
Fiona z Claire zajęły jeden z trzyosobowych stołów. Ktoś powiedział:
-Mogę się przyłączyć?
Fiona obróciła się do tyłu. Jay.
-Tak, oczywiście. Nie mamy nic przeciwko.- Powiedziała Claire. –Jak masz na imię?
-Jay. Pomagałem Fionie przy budowie domu.
-Tak, widziałam.- Fiona wtrąciła się do rozmowy.
-Bardzo dużo mi pomógł. Została mi tylko jeszcze łazienka. Jak skończę mój dom, muszę pomóc tej staruszce – nie ma już sił sama zbudować.
-To ja wam pomogę!- Powiedział chłopak z entuzjazmem.- To ty Fiono zrobisz sobie łazienkę, a ja pomogę tej kobiecie, żeby chociaż miała gdzie spać.
-To dobrze, dziękuję.
Do ich stolika podszedł czterdziestoletni pulchny mężczyzna, który zgłosił się do gotowania. Miał ze sobą trzy talerze. Każdemu dał po jednym.
„Ziemniaki z kotletami oraz buraczkami- nie jest aż tak źle”. Pomyślała Fiona.
Zaczęli jeść obiad. Fionie coś się przypomniało.
-Kiedy montują wodę?- Rzuciła nagle.
-Dzisiaj wieczorem. - Odpowiedziała Claire.- A co?
-Bo może tej pani zrobić łazienkę, a na noc wezmę ją do siebie, bo chodzi o to, że musi się gdzieś kąpać. Wodę doprowadzają do naszych domów tylko dzisiaj, a pomieszczenie, w którym będzie spała równie i dobrze można zrobić jutro. Rozumiecie?
-Słuszna uwaga, ale ty też jeszcze dzisiaj musisz zrobić łazienkę. Dasz sobie sama radę?- Zapytał zatroskany Jay.
-Jakoś dam. A ty, Claire, zrobiłaś już łazienkę?
-Znaczy ja mam tylko łazienkę. Od niej zaczęłam. Zawsze można zanocować w kiblu- zaśmiała się.
-Łazienka najważniejsza. Dobra, ja już zjadłam, lecę do budowli, bo jeszcze muszę wykopać dziurę zamiast kibla. No, Nara!
-Nie zaczekasz na nas? Zaraz kończymy!- Zaprotestował Jay.
-Bardzo mi się śpieszy.
Wyszła z punktu żywnościowego. Nagle zdała sobie sprawę, że jest ciągle w tych samych ciuchach, co na przyjęciu urodzinowym u Amy. Bluzka z potu była już niewiarygodnie sztywna i przy okazji brudna. Postanowiła, że pod sam wieczór zagości w punkcie odzieży.
Doszła do swojego nowego domu, który w dalszym ciągu był nieładem. Tak właściwie to jedno pomieszczenie bez dachu obok sterty drewna. Tak, zapomniała, że jeszcze musi zrobić dach. Załamała się.
Podeszła do owego domu. Ułożyła podłogę obok sypialni. Wbiła gwoździe. I z trudem, ale postawiła ścianę dzielącą dwa pomieszczenia. Ta ściana była lżejsza, bo była w niej duża dziura na drzwi. Przygwoździła ją do podłogi. Nie miała pojęcia skąd, ale nabrała większej zręczności. Prawdopodobnie to było działanie obiadu. Wzięła łazienkowe drzwi. Włożyła je na zawiasy. Otwierała je i zamykała. Działały prawidłowo. Wzięła kolejną ścianę. Całkowicie z drewna. Uniosła ją lekko. Podstawiła kolano. Cały ciężar grubej, drewnianej ściany spoczywał na jej nodze. Zaparła się rękami i mocno popchała. Postawiła ją. Sama. Bez niczyjej pomocy.
Zabrała się za pozostałe dwie ściany. Dała radę. W ciągu pół godziny jej łazienka miała ściany!
Zerknęła w stronę staruszki. Jay stawiał ściany i pukał młotkiem. Starsza pani zaś coś mu podawała. Dawali sobie radę.
Fiona zaczęła kopać dół w miejscu półmetrowej dziury w podłodze. Było jej ciężko, a ziemia była twarda. Namachała się. Było jej ciężko. Ziemia, którą miała na łopacie, wyrzucała przez okno, w którym jeszcze nie było szyby. Bolały ją plecy i ręce. A miała jeszcze przed sobą mnóstwo pracy. Piekący ból w barkach nakazał jej chwilkę przerwy. Usiadła przed domem. Popatrzyła na resztę ludzi. Wszyscy ciężko pracowali, a ci, którzy już skończyli, pomagali innym. Wróciła do łazienki. Patrząc na dziurę, zdała sobie sprawę, że ma już około metra. Dała już sobie spokój z nią. Wstawiła szyby. Spokojnie dała sobie z nimi radę.
Popatrzyła na materiały dachowe. Dwie, ogromne deski, mniej więcej pięć na dwa metry. Było tam też mnóstwo siana. Deski dachowe w porównaniu ze ścianami były dość lekkie. Złączyła je razem i dała na budynek. Miała szpiczasty dach. A w dziury przodu i z tyły wypchała mniejszymi deskami i sianem.
-No, teraz to jakoś wygląda.- Powiedziała zadowolona. Skończyła budować własny dom. W jeden dzień. Jeszcze tylko włożyła drzwi wejściowe na zawiasy i upewniła się, że otwierają się i zamykają.
Poszła do staruszki. Ze zdziwieniem stwierdziła, że Jay zrobił już łazienkę. Jednak była bez dach, więc staruszka nie mogłaby tam nocować. Już miała pomóc w układaniu podłogi, gdy zauważyła, że ktoś wchodził do domu Jaya.
-Jay, zobacz! Ktoś wchodzi do twojego domu!- Krzyknęła do niego i pobiegli razem w tamtą stronę.
Weszli do domu. Drzwi do łazienki były otwarte.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry, młodzieńcze. To twój dom?
-Tak.
-Przyszliśmy zamontować wodę, zaraz sobie pójdziemy. Jeszcze pięć minutek i następny dom.
-Dobrze, nie przeszkadzamy.- odpowiedział Jay.
Kiedy skończyli, podeszli do domu Fiony.
-To twoje dzieło?- zapytał dziewczynę.
-Tak.- odpowiedziała Fiona
-Bardzo ładne, jak na trzynastolatkę.
-Skąd pan wie, że mam trzynaście lat?
-Wyglądasz na tyle…- Dodał speszony po pewnym czasie.
Kiedy oni montowali wodę, dziewczyna poszła do punktu odzieżowego po ubranie. Zameldowała się i wzięła torbę.
Jak wróciła do domu, nikogo nie było. Miała „zamontowaną” wodę. W rzeczywistości to była zwyczajna rura z czymś, czego nie można było nazwać zwyczajnym kranem. W pomieszczeniu do spania rozpakowała torbę.
Pięć koszulek z krótkim rękawem, jedne długie jedne krótkie dżinsowe spodnie, pidżama, pościel, koc, poduszka, zasłona, firanka i jedna bluza z kapturem i długim rękawem. Może ubrania nie były do końca w jej guście i tak była zadowolona.
Zabrała się za wieszanie firanek. Jednak był problem, bo nie było na czym. Postanowiła pójść do lasu w poszukiwaniu dwóch, w miarę prostych gałęzi.
Szła sporo czasu, zanim zobaczyła idealną gałąź. Zaraz obok była podobna. Zerwała je. Usłyszała za sobą:
-Co ty tu robisz?- Zaskoczona obróciła się. Była tam dziewczyna, na oko szesnastoletnia. Była uderzająco podobna do Fiony. Dziewczyna, średniego jak na swój wiek, wzrostu, brązowe, proste włosy. Zielone oczy, skrywające w sobie tajemnicę.
-Przyszłam po gałęzie.- Odpowiedziała spokojnie Fiona.
-To mój las!
-A niby kto dał ci prawo do przywłaszczenia go sobie?
-Oj, pyskujesz. To źle. Widać, że jesteś nowa. Mała rada dla ciebie: zjeżdżaj i nigdy nie wracaj!
-Bo co mi zrobisz?
-Naprawdę chcesz to wiedzieć? To mój las i robię w nim co chcę. Tutaj nie ma policji. Wampiry w nie- nie inwestują.- Fionę ogarnęły ciarki.
-Ale jak to: wampiry?
-Myślisz, że życie tutaj jest cudowne? Och tak, masz dom, który zbudowałaś w jeden dzień, masz jedzenie, ubranie, wszystko, co jest ci potrzebne do życia. Myślisz, że dlaczego się tu znalazłaś? By być pokarmem dla krwiopijców! Zdziwiona?
-Kłamiesz!
-Nie. Jeszcze się kiedyś o tym przekonasz. A teraz uciekaj, zanim ci coś zrobię.
Fiona posłuchała. Nie chciała się droczyć, że wampiry nie istnieją, z kimś takim, jak ona. A poza tym, miała co robić.
Kiedy wróciła, ułożyła siano na podłodze, co miało robić za łóżko. Zaścieliła pościelą. Dała poduszkę i położyła koc. Przypomniała sobie o staruszce. Pobiegła do niej, w miejsce, w którym powinna być. Nie myliła się, spotkała ją tam.
-Proszę pani, niech przyjdzie pani do mojego domu na noc!- Powiedziała.
-Dziękuje dziecko, ale dzisiaj będę spała pod gwiazdami. Miałaś dobre chęci, jednak nie, dziękuję.
Wróciła do siebie. Umyła się, jak stwierdziła, w zimnej wodzie. Poszła spać z bolącymi rękoma i kręgosłupem. Usnęła szybko wymęczona wydarzeniami dnia.

niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 2


Clarie i Fiona siedziały na tyle w policyjnym samochodzie. Teraz, już w pewnym sensie były nierozłączne. Zostały razem skute kajdankami. Spanikowane dziewczyny kompletnie się nie odzywały. Droga do komisariatu zwykle trwa dwadzieścia minut. Funkcjonariusze, jak gdyby nigdy nic, włączyli sobie jakąś beznadziejną płytę z czymś, co nazwali muzyką.
Fiona była bardzo przygnębiona. Wiedziała, że jej mama nie będzie zadowolona odbierając ją komisariatu policji. Zapewne awantury będą trwały okrągłe dwa miesiące, a ona już nigdy więcej nie ruszy się z domu do koleżanek, nie będzie mogła oglądać telewizora, grać na komputerze, ani niczego podobnego. Będzie się musiała na okrągło uczyć i wypełniać niekończące się obowiązki. A nie miała takiego zamiaru. Zaczęła żałować. Wszystkiego. Zaczęła od tego, że zaprzyjaźniła się z Amy. Gdyby nie były przyjaciółkami, nie pojechałaby na jej urodziny, nie złamałaby zakazu mamy, że ma wrócić o dwudziestej, nie zawiodła by się na Amy i nie zostałaby złapana przez policję, za bycia na ulicy o późnej porze.
Ale też nie poznałaby Clarie. Fiona bardzo ją polubiła. Miała cichą nadzieję, że kiedy już wyjdą, będą przyjaciółkami. Zawsze chciała mieć przyjaciółkę. Prawdziwą. Taką od serca. Nie taką, jak Amy, ale taką, jak Clarie. Może jednak zawdzięczała coś Amy. Drogie prezenty urodzinowe, które dostała i to, że poznała tą dziewczynę. Była bliska jej sercu.
Fiona miała dosyć czasu na przemyślenie wszystkiego. Postanowiła, że już nie chce widzieć Amy na oczy. Ale po chwili stropiła się. Dlaczego miały przestać być przyjaciółkami, tylko dlatego, że ją okłamała? Przecież nikt nie powiedział, że można mieć tylko jedną przyjaciółkę. No ba! Można mieć całą paczkę przyjaciół! Tylko dlaczego mówiła jej to, co mówiła każdej innej dziewczynie? To wszystko było bez sensu. Głupia sprawa. Fiona była raczej wstydliwa. Nie miała koleżanek, przyjaciół. Tak się, cieszyła, że w końcu ktoś zaoferował jej przyjaźń. Amy zawsze była pewna siebie. To właśnie tak polubiła dziewczyna. Ona nigdy taka nie była i nawet bałaby się do niej podejść. A ona zrobiła to za nią. Polubiły się, przynajmniej tak sądziła Fiona. Amy ją zmieniła. Przebywała z nią trochę czasu. Dzięki niej, dziewczyna stała się śmielsza. Gdyby nie to, nigdy nie podeszła by do Clarie.
Dziewczyna była całkiem fajna. Ale z doświadczenia wiedziała, że nie można nazwać przyjaciółką osoby, którą dopiero co się poznało. Może fajna i przyjacielska była tylko na pozór? Może pod tą maską krył się straszny potwór? Może była wredna? Może była sobowtórem Amy? Albo może po prostu była bardzo fajna. Nie wiedziała, do których z tych grup ją przypisać. Postanowiła, aż poczeka, co los przyniesie. Może się znienawidzą, a może będą przyjaciółkami? To wszystko zależało od nich. Od obu dziewczyn.
Dojechali na komendę.
Zaraz się zacznie- pomyślała Fiona.- Dodzwonią do naszych rodziców i zezłoszczeni będą musieli nas odebrać. Oj… Już ja to widzę. Szlaban do końca życia i jeszcze trzy dni po śmierci. Nigdzie się nie ruszę. Będzie ciężko.
Podjechali pod komendę. Policjant, ten, który siedział od strony pasażera, wysiadł z auta. One i kierowca się nie ruszyli. Fiona napotkała przerażony wzrok Clarie. Funkcjonariusz otworzył bramę, która znajdowała się za komisariatem i wsiadł do samochodu. Pojazd ruszył. Przejechali przez bramę i dojechali do miejsca, które było podobne do… więzienia?
Policjanci kazali wyjść dziewczyną z auta. Spanikowane Clarie i Fiona posłusznie wykonały jego polecenie. Doprowadzili ich do budynku. Zamknęli je w celi. To dopiero wpakowałyśmy się w kłopoty, pomyślała Fiona. Kiedy trzydziestolatek przekręcił kluczem drzwi, przybił z kolegą piątkę. To było dziwne i podejrzane. W zasadzie odkąd je złapali, nikt z całej czwórki nie wypowiedział żadnego słowa. O nic je nie pytali. Nawet o to, gdzie mieszkają, czy jak się nazywają one i ich rodzice. To było bardzo dziwne. Po przybiciu ze sobą piątki, odeszli, ot tak, po prostu. Bez niczego. Co to miało w ogóle być? Kiedy oddalali się od nich, rozmawiali żarliwie, byli czymś podekscytowani. Wiedzieli coś, czego nie wiedziała Fiona. I to ją denerwowało. Wolałaby wiedzieć, co ją czeka. Chociaż i tak się domyślała. Jednak jej domysły w danej chwili były chyba daleko od prawdy.
Jak to jej mama powiedziała: „Tych, których złapali „policjanci, nikt więcej nie widział”. Jednak coś tu nie grało. Policjanci, to policjanci. Mają pilnować porządku, a nie robić zamęt. Po za tym, kto i po co założył godzinę policyjną? Przecież to nie są czasy komunistyczne. Nie był ogłoszony stan wojenny. A jeśli już, to dlaczego tylko w ich mieście? I dlaczego tak mało osób o tym wie?
Skapnęła się, że od pół godziny nie powiedziała ani słowa. Postanowiła odezwać się do Clarie dla rozregulowania głosu.
-No to się wpakowałyśmy.
-Rzeczywiście, tego mi było trzeba.- odparła Clarie.
-Tak, jak my wszyscy- odezwał się ktoś z tyłu celi.
Wystraszyły się. Odkąd przyjechały tutaj, były tak spanikowane, że nawet nie zauważyły, że za ich kratami siedzi ktoś jeszcze. Odwróciły się. Przejechały wzrokiem po ludziach. Było ich jeszcze około piętnastu osób. To było… dziwne?? Mało powiedziane… Bardzo dziwne.
-A co wy tu robicie?- spytała Clarie.
-To co wy, nie widać?- odpowiedziała jakaś zarozumiała szesnastolatka.
-No fakt, zostałyśmy złapane. Ale dlaczego wszyscy siedzimy w jednej celi?- powiedziała Fiona.
-Bo łączy nas jedno.- Powiedział około czterdziestoletni mężczyzna.
-Niby co? Pewnie to, że jesteśmy z tego samego miasta- rzuciła Clarie.
-To też. Ale nie tylko- powiedziała szesnastolatka.
-To niby co?- powiedziała zdenerwowana Fiona.
-A to, że wszyscy, którzy tu siedzimy zostaliśmy złapani za bycie na ulicy kiedy rozpoczęła się godzina policyjna.- Do dyskusji dołączyła się staruszka.
-A co… Co oni z nami zrobią?- zapytała zrozpaczona Fiona.
-Nie wiemy, dziecko. Nikt nawet nie wiedział , że jest w naszym mieście coś takiego, jak godzina policyjna- powiedziała staruszka.
-Ale jak to, żyjemy, jakbyśmy byli w czasach komunistycznych i nikt o tym nie wie?- Zdziwiła się Clarie.
-Przeżyłam wiele, słonko. Kilkadziesiąt lat temu, gdy wprowadzano stan wojenny, wszyscy o tym „trąbili”, wszyscy o tym rozmawiali. To, co się dzieje teraz, nie jest mówione publicznie. Nikt nas o niczym nie informował.- Z dziewczynami teraz Rozmawiała staruszka. Nikt inny się nie udzielał. Ona jedyna miała dość cierpliwości, żeby im przekazać to, co sama wie.
Ani Fiona, ani Clarie nie zdążyły zadać następnego pytania, bo ktoś podszedł do ich celi. Stary policjant. Na oko powinien już niedługo przejść na emeryturę. Do najchudszych się nie zaliczał. Ale za to miał miły wyraz twarzy.
-Dobry wieczór wszystkim!- Powiedział przybysz. Każdy mu coś odpowiedział. Zrobił się chaos. Każdy coś mówił. Widać było, że go lubili. Jednak, gdy wszyscy na raz chcieli okazać mu szacunek, na nic się to nie zdało.
Policjant nie zważając na to, uniósł wskazujący palec. Powtarzał coś pod nosem. Najwyraźniej ich przeliczał.
-Proszę o ciszę!- Niemal krzyknął.- Dostałem raport od dwóch policjantów, że złapały się ostatnie dwie osoby. Jest was już tyle, ile trzeba. Równe osiemnaście osób.- Fiona dosłała ciarek. Kolekcjonowali ich, bo potrzebowali osiemnaście osób? Może potrzebowali tyle ludzi na przymusowe prace? Przecież nikt nie widział już nigdy osób, które złapali.
-Gdzie nas zabieracie? Co z nami zrobicie?- spytała wystraszona.
-Zabieramy was do mrocznej krainy, skąd nikt nie wraca. Nikt nie wie, co tam jest, oprócz burmistrza. On zaprowadził taki porządek. I nikt oprócz niego nie wie, co się dzieje z ludźmi, którzy tam się dostali.– Odpowiedział tajemniczo policjant. To nie poprawiło samopoczucia Fiony.
-Jakim cudem on jest burmistrzem, skoro zrobił takie piekło?- Zapytał czterdziestolatek.
-Nikt, oprócz policji i złapanych osób o tym nic nie wie. Poza tym, tłumaczył nam, że to dla dobra społeczności. Chce zaradzić, na tajemnicze zaginięcia, które bywały. Teraz z słusznych powodów zniknie osiemnaście osób, a wcześniej ginęło około pięćdziesięciu. Ja, nie trzymam jego strony. Ja mam wrażenie, że coś przed nami ukrywa, że to, co mówi nie jest prawdą. Ale ja jestem tylko pracownikiem i muszę robić to, co mi każą. A tak w ogóle przyszedłem powiedzieć coś innego. Skoro jest już pakiet osiemnastu osób, następnej nocy załatwiony jest dla was transport i jedziecie tam, gdzie jest wasze przeznaczenie. Przykro mi. Nie mogę ingerować w sprawach burmistrza.
Fionie zrobiło się żal policjanta. Oczywiście, chciał pomóc, ale nie mógł. Musiało mu być głupio i bardzo przykro. Bo mimo tego, że nie chciał, skazywał nas na ciężkie życie (w jakim kol wiek tego słowa znaczeniu). Wypełniał polecenia, bo to była jego praca, w ten sposób zarabiał na życie. I zamiast zrobić tego, co mu każe sumienie- stał z boku i patrzył na to. Ale to nie była jego wina. Nie mógł inaczej.
Następnego dnia atmosfera w celi była nerwowa. Każdy bał się tego, co go spotka. Wszyscy, prawie cały czas, milczeli. Nie wiedzieli, co powiedzieć.
Dopiero w nocy jacyś trzej pracownicy przeprowadzili ich- mimo oporu- do dużej ciężarówki. Tak konkretnie, to do przyczepy, w której było osiemnaście łóżek. Jak Fiona domyśliła się, dokąd by nie jechali, musiała to być długa podróż, skoro były tam łóżka. Jednak, co było dziwne, to- to, że byli w pojeździe całkowicie odcięci od świata. Zero okien. No, może w rogu na samej górze tej ogromnej przyczepy była wywiercona mała dziura. Prawdopodobnie po to, żeby się nie udusili.
Z sufitu zwisała mała żaróweczka, dzięki czemu nie było tam aż tak bardzo ciemno. Lecz mimo wszystko, Trochę potrwało, zanim wzrok Fiony przyzwyczaił się do wszystkiego. Kiedy to się już w końcu stało, tir wyruszył. Zajęła łóżko obok Clarie. Nie, żeby chciało jej się spać (nawet nie było kołder), ale na łóżku były pasy. Wolała nie ryzykować, bo nie wiedziała kiedy pojazd skręcał. Obok niej, na łóżku była miła staruszka, którą Fiona polubiła. Dało się z nią porozmawiać. Na każdy temat. Była też bardzo cierpliwa.
Dziewczyna zauważyła, że jej sąsiadka Clarie, siedząc, podkuliła pod siebie nogi i trzymała je rękami. Położyła głowę na kolanach. Wydawałoby się, że płacze. Fiona odpięła swój pas i usiadła na łóżku swojej sąsiadki koło niej. Było jej smutno, że ona się smuciła. Clarie ani drgnęła. Po pięciu minutach, dziewczyna przytuliła ją. Nie pytała o nic. Nie było potrzeby. Doskonale rozumiała ją. Jednak ona się odezwała.
-Dziękuję ci.
-Za co?
-Że jesteś. I nie pytasz.- Wyznała Clarie.
-Och, ja rozumiem. Każdy ma gorszy dzień. Dzisiaj jest pewnie ten gorszy dzień dla wszystkich osiemnastu osób.
-Ale… nie do końca chodzi o to, gdzie jedziemy. Zrobię co chcą, żeby mnie wypuścili. Tam było moje życie. I będzie. Wiem to.
-Nie było ci tam źle? Gdziekolwiek jedziemy, pewnie rozpoczynamy nowe życie. To cię dręczy? Zaczęcie wszystkiego od początku?- Spytała Fiona.
-Och, owszem. Było mi tam czasem źle. Gdyby ciągle było dobrze, było by nudno. Ale ja byłam tam potrzebna. Czułam się potrzebna. Mam trzynaście lat i sporo młodszego rodzeństwa. Mają: dziesięć, dziewięć, siedem, cztery i dwa latka. Razem jest nas szóstka. Najgorzej, że mama jest znowu w ciąży. Byłam jej potrzebna przy rodzeństwu jako najstarsza córka. Pilnowałam trójkę najmłodszych dzieciaków. Mama za miesiąc będzie miała kolejne. Nie pracuje, bo musi się nami opiekować. Tata tak ciężko tyra w pracy, że rzadko go widujemy. Do tego jego matka (moja babcia) zachorowała na raka i przeprowadziła się do nas, bo ktoś musi się nią opiekować. Mama sama sobie z tym nie poradzi. Zawsze byłam jej bardzo pomocna. Ona mnie teraz potrzebuje. Bardzo. Zwłaszcza, że kiedy urodzi się kolejne dziecko, nie będzie miał się kto niańczyć pięciorgu mojemu rodzeństwa i opiekować się babcią. Nikt, po za mną. A mnie nie ma. Och… To jest okropne. I źle się z tym czuję.- Zwierzyła się Clarie.
Fiona była pod wrażeniem. Sama miała tylko brata, który ma pięć lat, a zawsze marudziła mamie, kiedy miała się pobawić z nim pięć minut, kiedy by to mama szybko skoczyła do sklepu.
-Z tego, co mi powiedziałaś, zrobiłaś już dla nich bardzo dużo. Twoja mama na pewno o tym wie. Dadzą sobie radę. Pewnie na czas porodu, twój tata weźmie sobie wolne. Wszystko się ułoży, zobaczysz.
-Niby jak mam zobaczyć, jak mnie tam nie będzie?- Spytała roztrzęsiona, zalana łzami Clarie.
-Twoja mama i twój tata to są dorośli ludzie. Przepraszam, że tak powiem, ale to teraz ich problem. To była przeszłość, cokolwiek nas teraz czeka. Nie patrz za siebie- patrz przed siebie.
-Przed sobą widzę drzwi przyczepy.
-Och, ale nie dosłownie!- Dziewczyny roześmiały się.
-No, a masz chłopaka?- Clarie zmieniła temat.
-No raczej nie. A ty?
-Powiedzmy prawdzie w oczy: który chciałby mieć dziewczynę, z (prawie) sześciorgiem rodzeństwa? Jestem zwykłą niańką, która zwykle nie ma czasu na spotkania ze znajomymi.
-Masz o sobie niską samoocenę. Przecież nie jesteś brzydka.- Stwierdziła Fiona.
-Nie powiedziałaś też, że jestem ładna.
-A czy jest jakaś różnica?- Zdziwiła się Fiona.
-Tak, kolosalna.- Powiedziała Clarie.
-Zmiana tematu, kto za, łapka w górę!
Oby dwie podniosły rękę. Fiona przeniosła się na swoje łóżko, bo kiedy niespodziewanie tir skręcił, spadła z łóżka. Zapięła pas bezpieczeństwa. Jednak było coś, co nie dawało jej spokoju. Spytała staruszkę leżącą na łóżku, wpatrującą się w sufit:
-Opowie mi pani coś konkretnego o tych zaginięciach?
Zamyślona nic nie odpowiadała. Po chwili westchnęła.
-Och, to było sześćdziesiąt lat temu. Miałam wtedy dwadzieścia lat. Ledwo co wyszłam za mąż, nie zdążyłam urodzić dzieci, a on po prostu zaginął.
-To straszne!- Wtrąciła Clarie przysłuchująca się rozmowie.
-Poszukiwałam go wiele dni, w nadziei, że jeszcze żyje. Ale gdyby żył, dawałby jeszcze jakieś oznaki życia. Było mi ciężko, straciłam swoją miłość życia. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że oprócz niego, zaginęło około pięćdziesięciu osób. Tamtejszy burmistrz miasta zapowiedział, że wyłapali już wszelkie potwory i zamknęli w oddzielnym terenie, na którym były nasze lasy. Zapowiedział, że nie wolno wychodzić z domu po godzinie dwudziestej trzydzieści. Zakazał też o tym rozmawiać, bo zaaresztuje każdego, kto o tym mówił. Ze strachu wszyscy na ten temat milczeli, że nawet pokolenie waszych rodziców o tym nie wie.
-Ale jak to nasi rodzice nie wiedzą? Mi mama kazała wracać o dwudziestej bo się o mnie boi!- powiedziała Fiona.
-Może po prostu miałaś o tej godzinie wrócić, bo nie chciała, żebyś wracała po ciemku- powiedziała starsza pani.
-A może spotka tam pani swojego męża!- Rzuciła Fiona.
-Na to liczę. Mam nadzieję, że jeszcze żyje. Odnaleźć mojego męża to jedyny cel mojego biednego życia. Kiedyś chciałam mieć dzieci, dziś już wystarczy mi tylko on.

sobota, 7 grudnia 2013

Rozdział 1

Był gorący listopad. Listopad oznacza wakacje. Wakacje oznaczają spotkania ze znajomymi.
-Mamo, idę do znajomych!- Powiedziała Fiona.
-Dobrze, a gdzie?
-No, do Amy. Ma urodziny i idę na jej przyjęcie- odparła trzynastoletnia dziewczyna.
-No ale chyba nie masz zamiaru wracać późno? To niebezpieczne!
-Mamo, wyluzuj… Wrócę tak, jak każdy…
-Ale ty nie jesteś każdy i masz wyjątkowo daleko z powrotem do domu! I nawet się nie waż wrócić później, niż o dwudziestej! Mam nadzieję, że jesteś na tyle odpowiedzialna, żeby wziąć moje słowa do serca, młoda damo!
-Mamo, daj spokój! Przyjęcie urodzinowe kończy się o północy! A ja oczywiście mam wrócić cztery godziny wcześniej? Kiedy to się dopiero rozkręca?
-To jak masz taki problem, to nie idź w ogóle! Dla mnie jest ważniejsze twoje bezpieczeństwo, niż jakaś tam zabawa!
-Ale to moja przyjaciółka! Ja muszę iść! A i tak w ogóle… O co ci chodzi ciągle z tym jakimś bezpieczeństwem? Mama popatrzyła na córkę poirytowana. Mogła powiedzieć różne rzeczy. Obaw było mnóstwo. Ale jedna była najważniejsza. Chciała, żeby jej córka uważała, ale jeśli jej powie prawdę, może jej nie uwierzyć. Ona sama przeżyła kiedyś piekło i nie chciała, żeby jej córka przechodziła to samo. Chciała ją przed tym ochronić. Po chwili zastanowienia, postanowiła powiedzieć pół prawdy.
-Fiona, żyjemy w niebezpiecznych czasach. Trudno teraz nawet wyjść na ulicę.
-Czyli co? Mamo, proszę, nie owijaj w bawełnę!
-Bo na ulicach naszego miasta po godzinie wpół do dwudziestej pierwszej jest łapanka.
-Mamo, ale o czym ty mówisz, jaka łapanka?- Mama zastanowiła się na chwilę. Wyglądała na niepewną. No fajnie, zmyśla mi, co powiedzieć, pomyślała Fiona.
-To… taka… godzina policyjna- wyjaśniła niepewnie matka.
-No to niech sobie będzie!
-Fiona, proszę cię, ze względu na to, wróć o dwudziestej i nie później.
-Bo co? Co mi zrobią?
-Czy ty kompletnie nic nie rozumiesz? Dziewczyno! Przecież jeśli dasz się im złapać, to może chodzić o twoje przyszłe życie! Chcesz ryzykować przez jedną imprezę?
-A na czym tak dokładnie polega ta „godzina policyjna”?
-To coś takiego, że jeśli mieszkańcy miasta, przejezdni i inni przypadkowi ludzie, którzy znajdą się na ulicach, chodnikach itp., między godzinami dwudziestą trzydzieści, a szóstą rano, są aresztowani.
-I o to ci chodzi? O jakiś durny areszt, który ma mi zepsuć resztę życia?
-To… nie do końca jakiś tam durny areszt.
-To co?
-Tych, których złapali policjanci nikt więcej nie widział.
-Trudno, mięli pecha- powiedziała Fiona niezbyt przekonana relacjami mamy. Po jej twarzy sądziła, że zmyśla.
-Proszę cię, uważaj…
-Trudno, idę do niej! I mnie nie powstrzymasz!- po tych słowach, zbuntowana dziewczyna wyszła z kuchni i szła w stronę swojego pokoju. Była zła na cały świat. Co powie Amy? Że jej mama nie pozwoliła jej za długo być? I do tego zmyślała jakieś bajeczki, żeby się nie spóźniła? Nie mogła tego pojąć. Wszyscy zawsze wszystko mogli, tylko nie ona. Zawsze czuła się gorsza.
-Jeszcze kiedyś wspomnisz moje słowa.- Dziewczyna już jej nie słuchała. Poszła do swojego pokoju. Stanęła przed toaletką. Tak, miała dopiero trzynaście lat. Jednak miała tyle rozumu, co pięciolatka. Pomyślała sobie, że skoro mama nie pozwala jej być za długo, to powinna się chociaż zgodzić na odjazdowy makijaż.  Będę wyglądała super. Chociaż tyle, jeśli muszę wrócić o wiele szybciej- pomyślała.
Ubrała się jak dorosła kobieta na dyskotekę. Do tego ten makijaż… Wyglądała na przynajmniej szesnaście lat. Jednak umysłem dalej była w przedszkolu.
-Mamo, idę!- krzyknęła stojąc przy drzwiach. Wolała nie ryzykować i nie iść do kuchni, żeby nie zobaczyła ją mama. Już miała dosyć awantur, jak na jeden dzień.
-Ale proszę cię! Wróć punktualnie!
Tak, akurat- pomyślała Fiona trzaskając drzwiami.
Do domu koleżanki musiała przejść pięć przecznic. To około pięciu kilometrów. Spory kawałek, zważając na fakt, że szła pieszo. Nagle odechciało jej się wszystkiego.
Poklepała się po kieszeni bluzy, którą założyła, ponieważ mimo pory roku, na świeżym powietrzu było dość chłodno. Kiedy upewniła się, że nie zgubiła małego pakunku, odetchnęła. Na prezent dla Amy poświęciła swoje trzy kieszonkowe. Trzy miesiące oszczędzała, żeby na urodziny kupić przyjaciółce jakiś wymarzony wisior.
Przeszła już połowę drogi. Ciągle rozmyślała. Dlaczego to jest takie niesprawiedliwe? Amy miała pięćset dolarów kieszonkowego, a ona zaledwie trzydzieści. Nie było co ukrywać- jej przyjaciółka była rozpieszczonym bachorem bogaczy. Miała kieszonkowe, ale mimo to, ciągle dostawała nowe ciuchy i to, czego jej było trzeba.
Fiona zastanawiała się, dlaczego ktoś taki jak Amy zaprzyjaźniła się z nią. Ona nie dorównywała jej. W porównaniu do niej, była biedna jak mysz kościelna.
Przeszła już cztery przecznice. Na imprezę urodzinową miała jeszcze kawałek.
Stanęła pod domem. Zawahała się. A jeśli jej mama mówiła prawdę? Jeśli wróci zbyt późno i złapią ją policjanci? A z resztą… co jej mogli zrobić? Przecież funkcjonariusze są po to, żeby stać na straży prawa, ale nie po to, żeby krzywdzić ludzi. Przynajmniej taką miała nadzieję.
Ale co powie Amy, kiedy będzie wychodziła? Że musi iść, bo złapie ją policja i wsadzi do więzienia? Przecież to było bez sensu, skoro ona nic nie zrobiła. W końcu doszła do wniosku, że jej mama pewnie wciskała jej kit. Postanowiła, że nie będzie przejmowała się bajkami, a będzie się dobrze bawiła.
Popatrzyła się na dom. Ogromna willa z basenem. Idealne miejsce na imprezę. Jej dom w porównaniu z nim był… Nie, nie, muszę przestać, nie mogę ciągle porównywać jej ze mną!- pomyślała.
W środku było tak, jak zwykle- pachniało bogactwem. Fiona w głębi duszy zazdrościła przyjaciółce, ale w życiu by się do tego nie przyznała. Powróciła do rozmyślań nad tym, dlaczego Amy zaczęła przyjaźnić się akurat z nią, skoro w mieście znalazło by się jeszcze sporo takich osób, finansowo w podobnej sytuacji, w której byli jej rodzice.
Była godzina osiemnasta. Do domu Amy schodziły się zaproszone osoby. Fiona przywitała się z przyjaciółką. Zrobiła też to, co robili wszyscy inni- w kącie jej ogromnego pokoju kładli prezenty. Według planu, Amy miała je otworzyć o dwudziestej drugiej, po zjedzeniu tortu i zdmuchaniu świeczek.
Fionę ścisnął żal- mogła być co dziewiętnastej trzydzieści, bo musiała jeszcze wrócić powrotem do domu. Była wściekła na swoją mamę, miała ochotę: krzyczeć, płakać, walić pięściami o ścianę. Postanowiła, że pójdzie do łazienki, zanim rozklei się ze wściekłości. Na środku ogromnego pomieszczenia usiadła po turecku. Położyła ręce na nogach. Duże palce złączyła ze wskazującymi. Zaczęła coś na wzór uprawiania jogi. Wzięła głęboki wdech, wstrzymała chwilę i powoli wypuszczała powietrze. Czynność powtórzyła kilkakrotnie, dopóki nie poczuła, że panuje nad sobą. Wstała z miejsca. Popatrzyła w lustro. Uśmiechnęła się do makijażu. Postanowiła, że wróci dwie, czy trzy godziny później mimo zakazu mamy. Chciała się przynajmniej załapać na tort. Pomyślała, że jej zrzędząca matka nie zepsuje jej zabawy.
Bawiła się dość dobrze. Muzyka była świetna. Największym plusem było to, że rodzice jej przyjaciółki pojechali sobie do znajomych, dając córce wolną rękę. Nawet nie musiała sprzątać- następnego dnia miała przyjść sprzątaczka. Fakt braku dorosłych w domu w trakcie imprezy trzynastolatek zapewne nie był mądrym pomysłem.
Dochodziła godzina dziewiętnasta trzydzieści- godzina, o której Fiona powinna wyjść i wracać do domu. Zawahała się. Wiedziała, jakie będzie miała w domu piekło, jeśli się spóźni choćby minutę. Także wiedziała, co powie jej matka jak zobaczy wygląd swojej córki. Zrzedła jej mina wiedząc, co ją czeka. W każdym bądź razie to, co zwykle- awantury. O wszystko i o nic. Już się do tego przyzwyczaiła, co nie znaczyło, że przestało jej to ciążyć. Dziewczyna nie wiedziała, co zrobić- jeśli sobie teraz pójdzie, zawiedzie jedyną przyjaciółkę. Lecz jeśli nie wróci do domu na czas, wolała nie myśleć co będzie… Zresztą, to i tak się szykowało ze względu na to, jak wyglądała- mocny makijaż i te ciuchy, które dostała od Amy…
Pomyślała, że nie może tego zrobić przyjaciółce. Zostanie. I tak w domu nie obejdzie się bez kolejnej awantury, ze względu na wygląd. Postanowiła chociaż trochę przez ten czas odsapnąć. Cieszyć się chwilą.
Dwudziesta druga- Fiona była już mocno spóźniona. Ale, jak to się mówi, zwisało jej to i powiewało. Mama się pomartwi i przestanie- o ile w ogóle jeszcze o niej pamiętała.
-Pomyśl życzenie i zdmuchaj świeczki- powiedział ktoś, wjeżdżając tortem do pomieszczenia, w którym się wszyscy znajdowali. –Świeczek jest dużo, poproś swoją najlepszą przyjaciółkę, żeby pomogła ci zdmuchać je.
Amy wyglądała na zdezorientowaną. Popatrzyła na tłumek dziewczyn. Przyglądała się każdej po kolei. Minęło sporo czasu, zanim wypowiedziała imię.
Fiona zaczęła przestępować z nogi na nogę. Uśmiechała się pod nosem. Niecierpliwiła się. Popatrzyła znacząco na przyjaciółkę. Lekceważącym wzrokiem popatrzyła na resztę jej gości. No dawaj, dawaj! Ile jeszcze trzeba będzie czekać? Przecież wiesz, co powiedzieć! Nie stawiaj mnie w niepewności! Powiedz to jedno imię. Jest dość proste. Wystarczy powiedzieć: „…Fiona”- pomyślała. Miała głęboką nadzieję, że to jej przypadnie zaszczyt pomocy Amy. Znaczy to nie tak, że zdmuchiwanie świeczek jest tak bardzo ekscytujące. Ale jednak ona, jako jej najlepsza przyjaciółka musiała jej pomóc. Amy otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Wszyscy byli cicho; mięli nadzieję, że to ich imię padnie. Byli więc tak cicho, by je usłyszeć. W tłumie, tylko jedna osoba wydawała się niezbyt zainteresowana kto pomoże zdmuchiwać świeczki jubilatce. Fiona jej nie znała.
-Lotta.
Większość dziewczyn się rozczarowało. Razem z Fioną.
Kiedy Amy pomyślała życzenie, razem z Clarie zdmuchiwały wszystkie świeczki. Fionę już to mało interesowało. Była wściekła na przyjaciółkę. Ona jej powtarzała chyba z tysiąc razy, że jest jej jedyną przyjaciółką. A tu co?
Podeszła do nieznajomej dziewczyny.
-Hej- powiedziała do niej.- Jestem Fiona, a ty?
-Hej, jestem Clarie. Miło mi.
Fiona nie wiedziała, co powiedzieć. Miała nadzieję, że nie palnie głupoty, ale chciała jakoś podtrzymać rozmowę. Musiała coś powiedzieć, tylko nie wiedziała co.
-Czy ty też jesteś na tej samej imprezie co ja?- Na jej słowa Clarie zaczęła się śmiać. A jednak, powiedziała coś głupiego. Zawstydziła się, gdy zrozumiała, jak poległa.
-Ha ha ha! Tak, jestem na tej samej imprezie. Amy mnie zaprosiła, moja „jedyna, najlepsza przyjaciółka”- mówiąc ostatnie trzy słowa, zrobiła cudzysłów w powietrzu.
-Czekaj, czekaj, czegoś tu nie rozumiem…
-Myślałaś, Fiona, że Amy to TWOJA najlepsza i jedyna przyjaciółka?- zrobiła celowy nacisk na słowo: „twoja”
-No… Tak. Ona tak mi mówiła…
-Fiona, ty dalej nie rozumiesz? Ona tak mówiła wszystkim!
-Clarie, ale skąd ty o tym wiesz?- Spytała zdziwiona dziewczyna.
-Co za pytanie… „Przyjaźnię się z nią”- cudzysłów w powietrzu- niemal od roku. Kiedyś widziałam ją obok sklepu z jakąś dziewczyną. Podeszłam bliżej do nich i usłyszałam: „jesteś moją jedyną najlepszą przyjaciółką. Przyjdziesz do mnie na urodziny, przyjaciółko?”. To było niedawno. Domyśliłam się, że każdego tak zapraszała.
-No, ale… ale… Była dla mnie przyjaciółką. Jak ona mogła…?
-Ona robi co chce. Jest tylko rozpuszczonym bachorem rodziców. Myśli, że wszystko jej wolno. Założę się, że po tej imprezie, nikt nie będzie ją uważał za przyjaciółkę. Wszyscy się do niej zrażą, a Lotta dowie się o niej od kogoś innego, a inni potwierdzą w razie, gdyby nie wierzyła.
-Eh… Szkoda mi tu czasu na tą parszywą Amy. Miałam być w domu o dwudziestej. Nieźle się spóźniłam… Pewnie będę miała szlaban- powiedziała Fiona.
-Tak właściwie to ja też. Ale miałam być wpół do dziewiątej.
-A w którą stronę idziesz?- Zapytała Fiona.
-Ulica kasztanowa.
-Ja ulica wcześniej. Idziemy razem?
-Możemy iść. Teraz- zgodziła się Clarie.
Wyszły. Nie zostały nawet na rozpakowaniu prezentów. Amy nie była tego warta. Gawędziły sobie. Miały mnóstwo wspólnych tematów i zainteresowań. Zdały sobie sprawę z tego, że ich mamy z tego samego powodu kazały szybko wrócić. Czyli jednak to prawda? Są jakieś godziny policyjne? Na tą myśl, że jeśli je złapią, zrobią z nimi niewiadomo co, Fionie dostała gęsiej skórki.
-Ale moment… Dlaczego nikt oprócz naszych mam nie wie o godzinach policyjnych?- Wtrąciła nagle Clarie.
-Nie wiem. Ale to się wydaje dziwne i podejrzane- dodała Fiona. Minęły właśnie pierwszą przecznicę. Do domu było jeszcze daleko, a na ulicach wydawało się dziwnie cicho…
Zamilkły. W ciszy, usłyszały jadący samochód. Nic nie jechało, ale to auto było widocznym wyjątkiem. Spojrzały przerażone na siebie. Były na chodniku. Pustym. Na nim nie było nikogo, ani niczego, żeby się schować.
W duchu modliły się, żeby było to zwyczajny samochód. Jakiś przejezdny pojazd.
Auto przejechało obok nich z szybką prędkością. Kierowca był zaniepokojony. Nie przyjrzały mu się dokładnie, bo minął je szybko. Odetchnęły.
Druga przecznica. Były w wyraźnym napięciu. Ich mamy musiały mówić prawdę, skoro nawet zwyczajny kierowca osobowego samochodu przed czymś uciekał. Widocznie przed policją. Bały się odezwać, żeby nie usłyszeli ich nieodpowiedni ludzie. W końcu doszły do wniosku, że to bez sensu. Gdyby policja miałaby ich złapać, już dawno by to zrobiła, a tam nie było nawet najmniejszego ich śladu.
Usłyszały coś. Przerażone oglądnęły się za siebie. Kiedy za sobą zobaczyły, że to tylko czarny kot, odetchnęły z ulgą. Mimo wszystko, para czarnych oczu w oddali przyprawiły je o dreszcze.
Doszły do trzeciej przecznicy. Nogi miały giętkie, kolana jak z waty. Postanowiły pójść do pobliskiego parku i usiąść na ławce, aż strach przeminie. Nie było sensu iść dalej, zbyt bardzo się bały.
Coś było podejrzane. Noc była chłodna, ale nie było nawet słychać szumu drzew. To było przerażające! Do tego ta późna godzina…
Kiedy Fiona i Clarie ochłonęły, postanowiły iść dalej. Mijały bloki i sklepy w milczeniu. Cisza, która była w tym mieście była dobijająca. Słyszały bicia własnych serc. Słyszały tupot swoich butów o chodnik. Słyszały swoje przerażenie! Nic po za tym. Żadnego jadącego auta po ulicy, żadnego szczekania psa, miałczenia kota… Nic. Nawet imprezy, z której wyszły (a było tam naprawdę głośno!).
Nagle Fiona odezwała się:
-Nie podoba mi się to. Tu jest strasznie cicho, nic nie słychać, nie licząc nas! Jakby tu nikogo nie było!
-Racja, to trochę… Dziwne.- Odparła Clarie.
-Dziwne? To przerażające!- Powiedziała Fiona.
Już więcej nic nie mówiły. Bały się. To było według nich dziwne, że boją się ciszy. Są ludzie, którzy mają dość hałasu. Chcą być jak daleko od niego. Żeby wypocząć. Chcą pobyć chwilę w ciszy. Jednak dziewczyny ta cisza przerażała. Jakby za tym kryło się coś gorszego i nie chciało dać nic po sobie poznać.
Szły wolno chodnikiem, nasłuchując. Nagle, usłyszały za sobą warkot silnika. Clarie złapała Fionę za rękę i mocno ścisnęła. Bały się obrócić. Dostały ciarek, kiedy auto stanęło dokładnie z nimi. Nie oglądały się za siebie. Zaczęły biec na oślep, byle uciec. Ktoś rzucił się w pogoń za nimi. Fiona ledwo dyszała. Z jednej strony bała się spojrzeć za siebie, a z drugiej, może nie potrzebnie uciekały?
Obracając się za siebie, mimo woli trochę zwolniła. Spowolniła też Clarie, która kurczowo ściskała jej dłoń. Za sobą zobaczyła dwóch biegnących mężczyzn, ubranych w antyterrorystyczne kostiumy policyjne. Może tylko w pogoni przeszkadzały im tarcze.
Resztę wydarzeń pamiętała jak przez mgłę. Jeden policjant złapał ją, drugi Clarie. Rzucały się, chciały się wyrwać. Jednak mężczyźni zarzucili je na ramiona, jakby były piórkami. Krzyczały zakłócając nocną ciszę. Nikt nawet nie spojrzał przez okno. Nie zauważył, że mimo, iż nie złamały prawa, zostały zabrane, wręcz… porwane. Policjanci brutalnie rzucili je do dużego, policyjnego samochodu. Zamknęli drzwi auta. I, jak gdyby nigdy nic, odjechali.

Dedykacje i Prolog



Moją powieść chciałabym zadedykować Ani. Wiele dla mnie znaczy. Na początku tylko się kolegowałyśmy. Byłyśmy zwykłymi kumpelami, ot, tyle. Nagle zaczęłyśmy więcej rozmawiać, pisać ze sobą na fejsie. Zdałyśmy sobie sprawę, że wiele nas łączy. Potrafię z nią milczeć i gadać godzinami. Potrafię się z nią dzielić tajemnicami, i kąpać w nocy w stawie. Kocham rozmawiać z nią o czwartej nad ranem. Kocham ją za szczerość, którą mnie darzy. Chciałam Ci Aniu podziękować, że potrafisz mnie upomnieć, że robię coś nie tak. W pewnym momencie zainterweniowałaś i dzięki tobie sprawy nie poszły za daleko. Dziękuję Ci za to.  Masz na mnie dużo wpływu, nawet nie wiesz ile. Zawsze liczę się z twoim zdaniem, choć może tego nie dostrzegasz. Jesteś niesamowita. Nawet, gdy bardzo cierpisz potrafisz się uśmiechnąć. Kocham Cię jako przyjaciółkę i zawsze będę Ci kibicowała. Jestem pewna, że w wakacje wszystko się ułoży. Mam taką nadzieję i pamiętaj, że zawsze będę z tobą. I jeszcze jedno. Dziękuje Ci, że jesteś!


Kolejną przyjaciółką, dla której piszę bloga, to Weronika. Właśnie ty jako pierwsza pokazałaś mi, co to jest przyjaźń. Pokazałaś, że chociażbyśmy się biły, wyzywały, pluły, czy kłóciły, nic nie jest w stanie zepsuć naszej przyjaźni, nawet taka rozłąka, w której aktualnie się znalazłyśmy. Kochałam nasze fazy na lekcjach i na przerwach, kiedy to nie wyrabiałyśmy ze śmiechu. Kochałam nasze wycieczki klasowe, na których największą atrakcją była wspólna jazda autobusem. Pamiętam, jak zawsze kłóciłyśmy się kto gdzie siedzi. Mimo to, zawsze było fajnie. Pamiętam nasze wspólne tajemnice, których dotąd nikt nie poznał. Dziękuje, że pokazałaś mi, co to jest przyjaźń. Nasza trwa już siódmy rok. Jednak najbardziej w tobie cenię to, ze mogę do ciebie zadzwonić w środku nocy i mieć pewność, że odbierzesz i mnie wysłuchasz, doradzisz i nie będziesz zła. Dziękuję.



Następnie muszę podziękować Paulinie. To dzięki niej na mojej twarzy często gościł uśmiech. Jednak wiele się zmieniło w te wakacje, gdy okazało się, że nie będziemy razem w klasie. Ciężko to przeżywałyśmy, że nie możemy się do siebie przepisać. Ale jakoś to przetrwałyśmy i nadal mamy kontakt. Jednak już nigdy nie będzie tak, jak wcześniej.
 


*****

Historia miłosna,
która dobrze się kończy,
Nie ma szans stać się legendą