sobota, 7 grudnia 2013

Rozdział 1

Był gorący listopad. Listopad oznacza wakacje. Wakacje oznaczają spotkania ze znajomymi.
-Mamo, idę do znajomych!- Powiedziała Fiona.
-Dobrze, a gdzie?
-No, do Amy. Ma urodziny i idę na jej przyjęcie- odparła trzynastoletnia dziewczyna.
-No ale chyba nie masz zamiaru wracać późno? To niebezpieczne!
-Mamo, wyluzuj… Wrócę tak, jak każdy…
-Ale ty nie jesteś każdy i masz wyjątkowo daleko z powrotem do domu! I nawet się nie waż wrócić później, niż o dwudziestej! Mam nadzieję, że jesteś na tyle odpowiedzialna, żeby wziąć moje słowa do serca, młoda damo!
-Mamo, daj spokój! Przyjęcie urodzinowe kończy się o północy! A ja oczywiście mam wrócić cztery godziny wcześniej? Kiedy to się dopiero rozkręca?
-To jak masz taki problem, to nie idź w ogóle! Dla mnie jest ważniejsze twoje bezpieczeństwo, niż jakaś tam zabawa!
-Ale to moja przyjaciółka! Ja muszę iść! A i tak w ogóle… O co ci chodzi ciągle z tym jakimś bezpieczeństwem? Mama popatrzyła na córkę poirytowana. Mogła powiedzieć różne rzeczy. Obaw było mnóstwo. Ale jedna była najważniejsza. Chciała, żeby jej córka uważała, ale jeśli jej powie prawdę, może jej nie uwierzyć. Ona sama przeżyła kiedyś piekło i nie chciała, żeby jej córka przechodziła to samo. Chciała ją przed tym ochronić. Po chwili zastanowienia, postanowiła powiedzieć pół prawdy.
-Fiona, żyjemy w niebezpiecznych czasach. Trudno teraz nawet wyjść na ulicę.
-Czyli co? Mamo, proszę, nie owijaj w bawełnę!
-Bo na ulicach naszego miasta po godzinie wpół do dwudziestej pierwszej jest łapanka.
-Mamo, ale o czym ty mówisz, jaka łapanka?- Mama zastanowiła się na chwilę. Wyglądała na niepewną. No fajnie, zmyśla mi, co powiedzieć, pomyślała Fiona.
-To… taka… godzina policyjna- wyjaśniła niepewnie matka.
-No to niech sobie będzie!
-Fiona, proszę cię, ze względu na to, wróć o dwudziestej i nie później.
-Bo co? Co mi zrobią?
-Czy ty kompletnie nic nie rozumiesz? Dziewczyno! Przecież jeśli dasz się im złapać, to może chodzić o twoje przyszłe życie! Chcesz ryzykować przez jedną imprezę?
-A na czym tak dokładnie polega ta „godzina policyjna”?
-To coś takiego, że jeśli mieszkańcy miasta, przejezdni i inni przypadkowi ludzie, którzy znajdą się na ulicach, chodnikach itp., między godzinami dwudziestą trzydzieści, a szóstą rano, są aresztowani.
-I o to ci chodzi? O jakiś durny areszt, który ma mi zepsuć resztę życia?
-To… nie do końca jakiś tam durny areszt.
-To co?
-Tych, których złapali policjanci nikt więcej nie widział.
-Trudno, mięli pecha- powiedziała Fiona niezbyt przekonana relacjami mamy. Po jej twarzy sądziła, że zmyśla.
-Proszę cię, uważaj…
-Trudno, idę do niej! I mnie nie powstrzymasz!- po tych słowach, zbuntowana dziewczyna wyszła z kuchni i szła w stronę swojego pokoju. Była zła na cały świat. Co powie Amy? Że jej mama nie pozwoliła jej za długo być? I do tego zmyślała jakieś bajeczki, żeby się nie spóźniła? Nie mogła tego pojąć. Wszyscy zawsze wszystko mogli, tylko nie ona. Zawsze czuła się gorsza.
-Jeszcze kiedyś wspomnisz moje słowa.- Dziewczyna już jej nie słuchała. Poszła do swojego pokoju. Stanęła przed toaletką. Tak, miała dopiero trzynaście lat. Jednak miała tyle rozumu, co pięciolatka. Pomyślała sobie, że skoro mama nie pozwala jej być za długo, to powinna się chociaż zgodzić na odjazdowy makijaż.  Będę wyglądała super. Chociaż tyle, jeśli muszę wrócić o wiele szybciej- pomyślała.
Ubrała się jak dorosła kobieta na dyskotekę. Do tego ten makijaż… Wyglądała na przynajmniej szesnaście lat. Jednak umysłem dalej była w przedszkolu.
-Mamo, idę!- krzyknęła stojąc przy drzwiach. Wolała nie ryzykować i nie iść do kuchni, żeby nie zobaczyła ją mama. Już miała dosyć awantur, jak na jeden dzień.
-Ale proszę cię! Wróć punktualnie!
Tak, akurat- pomyślała Fiona trzaskając drzwiami.
Do domu koleżanki musiała przejść pięć przecznic. To około pięciu kilometrów. Spory kawałek, zważając na fakt, że szła pieszo. Nagle odechciało jej się wszystkiego.
Poklepała się po kieszeni bluzy, którą założyła, ponieważ mimo pory roku, na świeżym powietrzu było dość chłodno. Kiedy upewniła się, że nie zgubiła małego pakunku, odetchnęła. Na prezent dla Amy poświęciła swoje trzy kieszonkowe. Trzy miesiące oszczędzała, żeby na urodziny kupić przyjaciółce jakiś wymarzony wisior.
Przeszła już połowę drogi. Ciągle rozmyślała. Dlaczego to jest takie niesprawiedliwe? Amy miała pięćset dolarów kieszonkowego, a ona zaledwie trzydzieści. Nie było co ukrywać- jej przyjaciółka była rozpieszczonym bachorem bogaczy. Miała kieszonkowe, ale mimo to, ciągle dostawała nowe ciuchy i to, czego jej było trzeba.
Fiona zastanawiała się, dlaczego ktoś taki jak Amy zaprzyjaźniła się z nią. Ona nie dorównywała jej. W porównaniu do niej, była biedna jak mysz kościelna.
Przeszła już cztery przecznice. Na imprezę urodzinową miała jeszcze kawałek.
Stanęła pod domem. Zawahała się. A jeśli jej mama mówiła prawdę? Jeśli wróci zbyt późno i złapią ją policjanci? A z resztą… co jej mogli zrobić? Przecież funkcjonariusze są po to, żeby stać na straży prawa, ale nie po to, żeby krzywdzić ludzi. Przynajmniej taką miała nadzieję.
Ale co powie Amy, kiedy będzie wychodziła? Że musi iść, bo złapie ją policja i wsadzi do więzienia? Przecież to było bez sensu, skoro ona nic nie zrobiła. W końcu doszła do wniosku, że jej mama pewnie wciskała jej kit. Postanowiła, że nie będzie przejmowała się bajkami, a będzie się dobrze bawiła.
Popatrzyła się na dom. Ogromna willa z basenem. Idealne miejsce na imprezę. Jej dom w porównaniu z nim był… Nie, nie, muszę przestać, nie mogę ciągle porównywać jej ze mną!- pomyślała.
W środku było tak, jak zwykle- pachniało bogactwem. Fiona w głębi duszy zazdrościła przyjaciółce, ale w życiu by się do tego nie przyznała. Powróciła do rozmyślań nad tym, dlaczego Amy zaczęła przyjaźnić się akurat z nią, skoro w mieście znalazło by się jeszcze sporo takich osób, finansowo w podobnej sytuacji, w której byli jej rodzice.
Była godzina osiemnasta. Do domu Amy schodziły się zaproszone osoby. Fiona przywitała się z przyjaciółką. Zrobiła też to, co robili wszyscy inni- w kącie jej ogromnego pokoju kładli prezenty. Według planu, Amy miała je otworzyć o dwudziestej drugiej, po zjedzeniu tortu i zdmuchaniu świeczek.
Fionę ścisnął żal- mogła być co dziewiętnastej trzydzieści, bo musiała jeszcze wrócić powrotem do domu. Była wściekła na swoją mamę, miała ochotę: krzyczeć, płakać, walić pięściami o ścianę. Postanowiła, że pójdzie do łazienki, zanim rozklei się ze wściekłości. Na środku ogromnego pomieszczenia usiadła po turecku. Położyła ręce na nogach. Duże palce złączyła ze wskazującymi. Zaczęła coś na wzór uprawiania jogi. Wzięła głęboki wdech, wstrzymała chwilę i powoli wypuszczała powietrze. Czynność powtórzyła kilkakrotnie, dopóki nie poczuła, że panuje nad sobą. Wstała z miejsca. Popatrzyła w lustro. Uśmiechnęła się do makijażu. Postanowiła, że wróci dwie, czy trzy godziny później mimo zakazu mamy. Chciała się przynajmniej załapać na tort. Pomyślała, że jej zrzędząca matka nie zepsuje jej zabawy.
Bawiła się dość dobrze. Muzyka była świetna. Największym plusem było to, że rodzice jej przyjaciółki pojechali sobie do znajomych, dając córce wolną rękę. Nawet nie musiała sprzątać- następnego dnia miała przyjść sprzątaczka. Fakt braku dorosłych w domu w trakcie imprezy trzynastolatek zapewne nie był mądrym pomysłem.
Dochodziła godzina dziewiętnasta trzydzieści- godzina, o której Fiona powinna wyjść i wracać do domu. Zawahała się. Wiedziała, jakie będzie miała w domu piekło, jeśli się spóźni choćby minutę. Także wiedziała, co powie jej matka jak zobaczy wygląd swojej córki. Zrzedła jej mina wiedząc, co ją czeka. W każdym bądź razie to, co zwykle- awantury. O wszystko i o nic. Już się do tego przyzwyczaiła, co nie znaczyło, że przestało jej to ciążyć. Dziewczyna nie wiedziała, co zrobić- jeśli sobie teraz pójdzie, zawiedzie jedyną przyjaciółkę. Lecz jeśli nie wróci do domu na czas, wolała nie myśleć co będzie… Zresztą, to i tak się szykowało ze względu na to, jak wyglądała- mocny makijaż i te ciuchy, które dostała od Amy…
Pomyślała, że nie może tego zrobić przyjaciółce. Zostanie. I tak w domu nie obejdzie się bez kolejnej awantury, ze względu na wygląd. Postanowiła chociaż trochę przez ten czas odsapnąć. Cieszyć się chwilą.
Dwudziesta druga- Fiona była już mocno spóźniona. Ale, jak to się mówi, zwisało jej to i powiewało. Mama się pomartwi i przestanie- o ile w ogóle jeszcze o niej pamiętała.
-Pomyśl życzenie i zdmuchaj świeczki- powiedział ktoś, wjeżdżając tortem do pomieszczenia, w którym się wszyscy znajdowali. –Świeczek jest dużo, poproś swoją najlepszą przyjaciółkę, żeby pomogła ci zdmuchać je.
Amy wyglądała na zdezorientowaną. Popatrzyła na tłumek dziewczyn. Przyglądała się każdej po kolei. Minęło sporo czasu, zanim wypowiedziała imię.
Fiona zaczęła przestępować z nogi na nogę. Uśmiechała się pod nosem. Niecierpliwiła się. Popatrzyła znacząco na przyjaciółkę. Lekceważącym wzrokiem popatrzyła na resztę jej gości. No dawaj, dawaj! Ile jeszcze trzeba będzie czekać? Przecież wiesz, co powiedzieć! Nie stawiaj mnie w niepewności! Powiedz to jedno imię. Jest dość proste. Wystarczy powiedzieć: „…Fiona”- pomyślała. Miała głęboką nadzieję, że to jej przypadnie zaszczyt pomocy Amy. Znaczy to nie tak, że zdmuchiwanie świeczek jest tak bardzo ekscytujące. Ale jednak ona, jako jej najlepsza przyjaciółka musiała jej pomóc. Amy otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Wszyscy byli cicho; mięli nadzieję, że to ich imię padnie. Byli więc tak cicho, by je usłyszeć. W tłumie, tylko jedna osoba wydawała się niezbyt zainteresowana kto pomoże zdmuchiwać świeczki jubilatce. Fiona jej nie znała.
-Lotta.
Większość dziewczyn się rozczarowało. Razem z Fioną.
Kiedy Amy pomyślała życzenie, razem z Clarie zdmuchiwały wszystkie świeczki. Fionę już to mało interesowało. Była wściekła na przyjaciółkę. Ona jej powtarzała chyba z tysiąc razy, że jest jej jedyną przyjaciółką. A tu co?
Podeszła do nieznajomej dziewczyny.
-Hej- powiedziała do niej.- Jestem Fiona, a ty?
-Hej, jestem Clarie. Miło mi.
Fiona nie wiedziała, co powiedzieć. Miała nadzieję, że nie palnie głupoty, ale chciała jakoś podtrzymać rozmowę. Musiała coś powiedzieć, tylko nie wiedziała co.
-Czy ty też jesteś na tej samej imprezie co ja?- Na jej słowa Clarie zaczęła się śmiać. A jednak, powiedziała coś głupiego. Zawstydziła się, gdy zrozumiała, jak poległa.
-Ha ha ha! Tak, jestem na tej samej imprezie. Amy mnie zaprosiła, moja „jedyna, najlepsza przyjaciółka”- mówiąc ostatnie trzy słowa, zrobiła cudzysłów w powietrzu.
-Czekaj, czekaj, czegoś tu nie rozumiem…
-Myślałaś, Fiona, że Amy to TWOJA najlepsza i jedyna przyjaciółka?- zrobiła celowy nacisk na słowo: „twoja”
-No… Tak. Ona tak mi mówiła…
-Fiona, ty dalej nie rozumiesz? Ona tak mówiła wszystkim!
-Clarie, ale skąd ty o tym wiesz?- Spytała zdziwiona dziewczyna.
-Co za pytanie… „Przyjaźnię się z nią”- cudzysłów w powietrzu- niemal od roku. Kiedyś widziałam ją obok sklepu z jakąś dziewczyną. Podeszłam bliżej do nich i usłyszałam: „jesteś moją jedyną najlepszą przyjaciółką. Przyjdziesz do mnie na urodziny, przyjaciółko?”. To było niedawno. Domyśliłam się, że każdego tak zapraszała.
-No, ale… ale… Była dla mnie przyjaciółką. Jak ona mogła…?
-Ona robi co chce. Jest tylko rozpuszczonym bachorem rodziców. Myśli, że wszystko jej wolno. Założę się, że po tej imprezie, nikt nie będzie ją uważał za przyjaciółkę. Wszyscy się do niej zrażą, a Lotta dowie się o niej od kogoś innego, a inni potwierdzą w razie, gdyby nie wierzyła.
-Eh… Szkoda mi tu czasu na tą parszywą Amy. Miałam być w domu o dwudziestej. Nieźle się spóźniłam… Pewnie będę miała szlaban- powiedziała Fiona.
-Tak właściwie to ja też. Ale miałam być wpół do dziewiątej.
-A w którą stronę idziesz?- Zapytała Fiona.
-Ulica kasztanowa.
-Ja ulica wcześniej. Idziemy razem?
-Możemy iść. Teraz- zgodziła się Clarie.
Wyszły. Nie zostały nawet na rozpakowaniu prezentów. Amy nie była tego warta. Gawędziły sobie. Miały mnóstwo wspólnych tematów i zainteresowań. Zdały sobie sprawę z tego, że ich mamy z tego samego powodu kazały szybko wrócić. Czyli jednak to prawda? Są jakieś godziny policyjne? Na tą myśl, że jeśli je złapią, zrobią z nimi niewiadomo co, Fionie dostała gęsiej skórki.
-Ale moment… Dlaczego nikt oprócz naszych mam nie wie o godzinach policyjnych?- Wtrąciła nagle Clarie.
-Nie wiem. Ale to się wydaje dziwne i podejrzane- dodała Fiona. Minęły właśnie pierwszą przecznicę. Do domu było jeszcze daleko, a na ulicach wydawało się dziwnie cicho…
Zamilkły. W ciszy, usłyszały jadący samochód. Nic nie jechało, ale to auto było widocznym wyjątkiem. Spojrzały przerażone na siebie. Były na chodniku. Pustym. Na nim nie było nikogo, ani niczego, żeby się schować.
W duchu modliły się, żeby było to zwyczajny samochód. Jakiś przejezdny pojazd.
Auto przejechało obok nich z szybką prędkością. Kierowca był zaniepokojony. Nie przyjrzały mu się dokładnie, bo minął je szybko. Odetchnęły.
Druga przecznica. Były w wyraźnym napięciu. Ich mamy musiały mówić prawdę, skoro nawet zwyczajny kierowca osobowego samochodu przed czymś uciekał. Widocznie przed policją. Bały się odezwać, żeby nie usłyszeli ich nieodpowiedni ludzie. W końcu doszły do wniosku, że to bez sensu. Gdyby policja miałaby ich złapać, już dawno by to zrobiła, a tam nie było nawet najmniejszego ich śladu.
Usłyszały coś. Przerażone oglądnęły się za siebie. Kiedy za sobą zobaczyły, że to tylko czarny kot, odetchnęły z ulgą. Mimo wszystko, para czarnych oczu w oddali przyprawiły je o dreszcze.
Doszły do trzeciej przecznicy. Nogi miały giętkie, kolana jak z waty. Postanowiły pójść do pobliskiego parku i usiąść na ławce, aż strach przeminie. Nie było sensu iść dalej, zbyt bardzo się bały.
Coś było podejrzane. Noc była chłodna, ale nie było nawet słychać szumu drzew. To było przerażające! Do tego ta późna godzina…
Kiedy Fiona i Clarie ochłonęły, postanowiły iść dalej. Mijały bloki i sklepy w milczeniu. Cisza, która była w tym mieście była dobijająca. Słyszały bicia własnych serc. Słyszały tupot swoich butów o chodnik. Słyszały swoje przerażenie! Nic po za tym. Żadnego jadącego auta po ulicy, żadnego szczekania psa, miałczenia kota… Nic. Nawet imprezy, z której wyszły (a było tam naprawdę głośno!).
Nagle Fiona odezwała się:
-Nie podoba mi się to. Tu jest strasznie cicho, nic nie słychać, nie licząc nas! Jakby tu nikogo nie było!
-Racja, to trochę… Dziwne.- Odparła Clarie.
-Dziwne? To przerażające!- Powiedziała Fiona.
Już więcej nic nie mówiły. Bały się. To było według nich dziwne, że boją się ciszy. Są ludzie, którzy mają dość hałasu. Chcą być jak daleko od niego. Żeby wypocząć. Chcą pobyć chwilę w ciszy. Jednak dziewczyny ta cisza przerażała. Jakby za tym kryło się coś gorszego i nie chciało dać nic po sobie poznać.
Szły wolno chodnikiem, nasłuchując. Nagle, usłyszały za sobą warkot silnika. Clarie złapała Fionę za rękę i mocno ścisnęła. Bały się obrócić. Dostały ciarek, kiedy auto stanęło dokładnie z nimi. Nie oglądały się za siebie. Zaczęły biec na oślep, byle uciec. Ktoś rzucił się w pogoń za nimi. Fiona ledwo dyszała. Z jednej strony bała się spojrzeć za siebie, a z drugiej, może nie potrzebnie uciekały?
Obracając się za siebie, mimo woli trochę zwolniła. Spowolniła też Clarie, która kurczowo ściskała jej dłoń. Za sobą zobaczyła dwóch biegnących mężczyzn, ubranych w antyterrorystyczne kostiumy policyjne. Może tylko w pogoni przeszkadzały im tarcze.
Resztę wydarzeń pamiętała jak przez mgłę. Jeden policjant złapał ją, drugi Clarie. Rzucały się, chciały się wyrwać. Jednak mężczyźni zarzucili je na ramiona, jakby były piórkami. Krzyczały zakłócając nocną ciszę. Nikt nawet nie spojrzał przez okno. Nie zauważył, że mimo, iż nie złamały prawa, zostały zabrane, wręcz… porwane. Policjanci brutalnie rzucili je do dużego, policyjnego samochodu. Zamknęli drzwi auta. I, jak gdyby nigdy nic, odjechali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz