niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 2


Clarie i Fiona siedziały na tyle w policyjnym samochodzie. Teraz, już w pewnym sensie były nierozłączne. Zostały razem skute kajdankami. Spanikowane dziewczyny kompletnie się nie odzywały. Droga do komisariatu zwykle trwa dwadzieścia minut. Funkcjonariusze, jak gdyby nigdy nic, włączyli sobie jakąś beznadziejną płytę z czymś, co nazwali muzyką.
Fiona była bardzo przygnębiona. Wiedziała, że jej mama nie będzie zadowolona odbierając ją komisariatu policji. Zapewne awantury będą trwały okrągłe dwa miesiące, a ona już nigdy więcej nie ruszy się z domu do koleżanek, nie będzie mogła oglądać telewizora, grać na komputerze, ani niczego podobnego. Będzie się musiała na okrągło uczyć i wypełniać niekończące się obowiązki. A nie miała takiego zamiaru. Zaczęła żałować. Wszystkiego. Zaczęła od tego, że zaprzyjaźniła się z Amy. Gdyby nie były przyjaciółkami, nie pojechałaby na jej urodziny, nie złamałaby zakazu mamy, że ma wrócić o dwudziestej, nie zawiodła by się na Amy i nie zostałaby złapana przez policję, za bycia na ulicy o późnej porze.
Ale też nie poznałaby Clarie. Fiona bardzo ją polubiła. Miała cichą nadzieję, że kiedy już wyjdą, będą przyjaciółkami. Zawsze chciała mieć przyjaciółkę. Prawdziwą. Taką od serca. Nie taką, jak Amy, ale taką, jak Clarie. Może jednak zawdzięczała coś Amy. Drogie prezenty urodzinowe, które dostała i to, że poznała tą dziewczynę. Była bliska jej sercu.
Fiona miała dosyć czasu na przemyślenie wszystkiego. Postanowiła, że już nie chce widzieć Amy na oczy. Ale po chwili stropiła się. Dlaczego miały przestać być przyjaciółkami, tylko dlatego, że ją okłamała? Przecież nikt nie powiedział, że można mieć tylko jedną przyjaciółkę. No ba! Można mieć całą paczkę przyjaciół! Tylko dlaczego mówiła jej to, co mówiła każdej innej dziewczynie? To wszystko było bez sensu. Głupia sprawa. Fiona była raczej wstydliwa. Nie miała koleżanek, przyjaciół. Tak się, cieszyła, że w końcu ktoś zaoferował jej przyjaźń. Amy zawsze była pewna siebie. To właśnie tak polubiła dziewczyna. Ona nigdy taka nie była i nawet bałaby się do niej podejść. A ona zrobiła to za nią. Polubiły się, przynajmniej tak sądziła Fiona. Amy ją zmieniła. Przebywała z nią trochę czasu. Dzięki niej, dziewczyna stała się śmielsza. Gdyby nie to, nigdy nie podeszła by do Clarie.
Dziewczyna była całkiem fajna. Ale z doświadczenia wiedziała, że nie można nazwać przyjaciółką osoby, którą dopiero co się poznało. Może fajna i przyjacielska była tylko na pozór? Może pod tą maską krył się straszny potwór? Może była wredna? Może była sobowtórem Amy? Albo może po prostu była bardzo fajna. Nie wiedziała, do których z tych grup ją przypisać. Postanowiła, aż poczeka, co los przyniesie. Może się znienawidzą, a może będą przyjaciółkami? To wszystko zależało od nich. Od obu dziewczyn.
Dojechali na komendę.
Zaraz się zacznie- pomyślała Fiona.- Dodzwonią do naszych rodziców i zezłoszczeni będą musieli nas odebrać. Oj… Już ja to widzę. Szlaban do końca życia i jeszcze trzy dni po śmierci. Nigdzie się nie ruszę. Będzie ciężko.
Podjechali pod komendę. Policjant, ten, który siedział od strony pasażera, wysiadł z auta. One i kierowca się nie ruszyli. Fiona napotkała przerażony wzrok Clarie. Funkcjonariusz otworzył bramę, która znajdowała się za komisariatem i wsiadł do samochodu. Pojazd ruszył. Przejechali przez bramę i dojechali do miejsca, które było podobne do… więzienia?
Policjanci kazali wyjść dziewczyną z auta. Spanikowane Clarie i Fiona posłusznie wykonały jego polecenie. Doprowadzili ich do budynku. Zamknęli je w celi. To dopiero wpakowałyśmy się w kłopoty, pomyślała Fiona. Kiedy trzydziestolatek przekręcił kluczem drzwi, przybił z kolegą piątkę. To było dziwne i podejrzane. W zasadzie odkąd je złapali, nikt z całej czwórki nie wypowiedział żadnego słowa. O nic je nie pytali. Nawet o to, gdzie mieszkają, czy jak się nazywają one i ich rodzice. To było bardzo dziwne. Po przybiciu ze sobą piątki, odeszli, ot tak, po prostu. Bez niczego. Co to miało w ogóle być? Kiedy oddalali się od nich, rozmawiali żarliwie, byli czymś podekscytowani. Wiedzieli coś, czego nie wiedziała Fiona. I to ją denerwowało. Wolałaby wiedzieć, co ją czeka. Chociaż i tak się domyślała. Jednak jej domysły w danej chwili były chyba daleko od prawdy.
Jak to jej mama powiedziała: „Tych, których złapali „policjanci, nikt więcej nie widział”. Jednak coś tu nie grało. Policjanci, to policjanci. Mają pilnować porządku, a nie robić zamęt. Po za tym, kto i po co założył godzinę policyjną? Przecież to nie są czasy komunistyczne. Nie był ogłoszony stan wojenny. A jeśli już, to dlaczego tylko w ich mieście? I dlaczego tak mało osób o tym wie?
Skapnęła się, że od pół godziny nie powiedziała ani słowa. Postanowiła odezwać się do Clarie dla rozregulowania głosu.
-No to się wpakowałyśmy.
-Rzeczywiście, tego mi było trzeba.- odparła Clarie.
-Tak, jak my wszyscy- odezwał się ktoś z tyłu celi.
Wystraszyły się. Odkąd przyjechały tutaj, były tak spanikowane, że nawet nie zauważyły, że za ich kratami siedzi ktoś jeszcze. Odwróciły się. Przejechały wzrokiem po ludziach. Było ich jeszcze około piętnastu osób. To było… dziwne?? Mało powiedziane… Bardzo dziwne.
-A co wy tu robicie?- spytała Clarie.
-To co wy, nie widać?- odpowiedziała jakaś zarozumiała szesnastolatka.
-No fakt, zostałyśmy złapane. Ale dlaczego wszyscy siedzimy w jednej celi?- powiedziała Fiona.
-Bo łączy nas jedno.- Powiedział około czterdziestoletni mężczyzna.
-Niby co? Pewnie to, że jesteśmy z tego samego miasta- rzuciła Clarie.
-To też. Ale nie tylko- powiedziała szesnastolatka.
-To niby co?- powiedziała zdenerwowana Fiona.
-A to, że wszyscy, którzy tu siedzimy zostaliśmy złapani za bycie na ulicy kiedy rozpoczęła się godzina policyjna.- Do dyskusji dołączyła się staruszka.
-A co… Co oni z nami zrobią?- zapytała zrozpaczona Fiona.
-Nie wiemy, dziecko. Nikt nawet nie wiedział , że jest w naszym mieście coś takiego, jak godzina policyjna- powiedziała staruszka.
-Ale jak to, żyjemy, jakbyśmy byli w czasach komunistycznych i nikt o tym nie wie?- Zdziwiła się Clarie.
-Przeżyłam wiele, słonko. Kilkadziesiąt lat temu, gdy wprowadzano stan wojenny, wszyscy o tym „trąbili”, wszyscy o tym rozmawiali. To, co się dzieje teraz, nie jest mówione publicznie. Nikt nas o niczym nie informował.- Z dziewczynami teraz Rozmawiała staruszka. Nikt inny się nie udzielał. Ona jedyna miała dość cierpliwości, żeby im przekazać to, co sama wie.
Ani Fiona, ani Clarie nie zdążyły zadać następnego pytania, bo ktoś podszedł do ich celi. Stary policjant. Na oko powinien już niedługo przejść na emeryturę. Do najchudszych się nie zaliczał. Ale za to miał miły wyraz twarzy.
-Dobry wieczór wszystkim!- Powiedział przybysz. Każdy mu coś odpowiedział. Zrobił się chaos. Każdy coś mówił. Widać było, że go lubili. Jednak, gdy wszyscy na raz chcieli okazać mu szacunek, na nic się to nie zdało.
Policjant nie zważając na to, uniósł wskazujący palec. Powtarzał coś pod nosem. Najwyraźniej ich przeliczał.
-Proszę o ciszę!- Niemal krzyknął.- Dostałem raport od dwóch policjantów, że złapały się ostatnie dwie osoby. Jest was już tyle, ile trzeba. Równe osiemnaście osób.- Fiona dosłała ciarek. Kolekcjonowali ich, bo potrzebowali osiemnaście osób? Może potrzebowali tyle ludzi na przymusowe prace? Przecież nikt nie widział już nigdy osób, które złapali.
-Gdzie nas zabieracie? Co z nami zrobicie?- spytała wystraszona.
-Zabieramy was do mrocznej krainy, skąd nikt nie wraca. Nikt nie wie, co tam jest, oprócz burmistrza. On zaprowadził taki porządek. I nikt oprócz niego nie wie, co się dzieje z ludźmi, którzy tam się dostali.– Odpowiedział tajemniczo policjant. To nie poprawiło samopoczucia Fiony.
-Jakim cudem on jest burmistrzem, skoro zrobił takie piekło?- Zapytał czterdziestolatek.
-Nikt, oprócz policji i złapanych osób o tym nic nie wie. Poza tym, tłumaczył nam, że to dla dobra społeczności. Chce zaradzić, na tajemnicze zaginięcia, które bywały. Teraz z słusznych powodów zniknie osiemnaście osób, a wcześniej ginęło około pięćdziesięciu. Ja, nie trzymam jego strony. Ja mam wrażenie, że coś przed nami ukrywa, że to, co mówi nie jest prawdą. Ale ja jestem tylko pracownikiem i muszę robić to, co mi każą. A tak w ogóle przyszedłem powiedzieć coś innego. Skoro jest już pakiet osiemnastu osób, następnej nocy załatwiony jest dla was transport i jedziecie tam, gdzie jest wasze przeznaczenie. Przykro mi. Nie mogę ingerować w sprawach burmistrza.
Fionie zrobiło się żal policjanta. Oczywiście, chciał pomóc, ale nie mógł. Musiało mu być głupio i bardzo przykro. Bo mimo tego, że nie chciał, skazywał nas na ciężkie życie (w jakim kol wiek tego słowa znaczeniu). Wypełniał polecenia, bo to była jego praca, w ten sposób zarabiał na życie. I zamiast zrobić tego, co mu każe sumienie- stał z boku i patrzył na to. Ale to nie była jego wina. Nie mógł inaczej.
Następnego dnia atmosfera w celi była nerwowa. Każdy bał się tego, co go spotka. Wszyscy, prawie cały czas, milczeli. Nie wiedzieli, co powiedzieć.
Dopiero w nocy jacyś trzej pracownicy przeprowadzili ich- mimo oporu- do dużej ciężarówki. Tak konkretnie, to do przyczepy, w której było osiemnaście łóżek. Jak Fiona domyśliła się, dokąd by nie jechali, musiała to być długa podróż, skoro były tam łóżka. Jednak, co było dziwne, to- to, że byli w pojeździe całkowicie odcięci od świata. Zero okien. No, może w rogu na samej górze tej ogromnej przyczepy była wywiercona mała dziura. Prawdopodobnie po to, żeby się nie udusili.
Z sufitu zwisała mała żaróweczka, dzięki czemu nie było tam aż tak bardzo ciemno. Lecz mimo wszystko, Trochę potrwało, zanim wzrok Fiony przyzwyczaił się do wszystkiego. Kiedy to się już w końcu stało, tir wyruszył. Zajęła łóżko obok Clarie. Nie, żeby chciało jej się spać (nawet nie było kołder), ale na łóżku były pasy. Wolała nie ryzykować, bo nie wiedziała kiedy pojazd skręcał. Obok niej, na łóżku była miła staruszka, którą Fiona polubiła. Dało się z nią porozmawiać. Na każdy temat. Była też bardzo cierpliwa.
Dziewczyna zauważyła, że jej sąsiadka Clarie, siedząc, podkuliła pod siebie nogi i trzymała je rękami. Położyła głowę na kolanach. Wydawałoby się, że płacze. Fiona odpięła swój pas i usiadła na łóżku swojej sąsiadki koło niej. Było jej smutno, że ona się smuciła. Clarie ani drgnęła. Po pięciu minutach, dziewczyna przytuliła ją. Nie pytała o nic. Nie było potrzeby. Doskonale rozumiała ją. Jednak ona się odezwała.
-Dziękuję ci.
-Za co?
-Że jesteś. I nie pytasz.- Wyznała Clarie.
-Och, ja rozumiem. Każdy ma gorszy dzień. Dzisiaj jest pewnie ten gorszy dzień dla wszystkich osiemnastu osób.
-Ale… nie do końca chodzi o to, gdzie jedziemy. Zrobię co chcą, żeby mnie wypuścili. Tam było moje życie. I będzie. Wiem to.
-Nie było ci tam źle? Gdziekolwiek jedziemy, pewnie rozpoczynamy nowe życie. To cię dręczy? Zaczęcie wszystkiego od początku?- Spytała Fiona.
-Och, owszem. Było mi tam czasem źle. Gdyby ciągle było dobrze, było by nudno. Ale ja byłam tam potrzebna. Czułam się potrzebna. Mam trzynaście lat i sporo młodszego rodzeństwa. Mają: dziesięć, dziewięć, siedem, cztery i dwa latka. Razem jest nas szóstka. Najgorzej, że mama jest znowu w ciąży. Byłam jej potrzebna przy rodzeństwu jako najstarsza córka. Pilnowałam trójkę najmłodszych dzieciaków. Mama za miesiąc będzie miała kolejne. Nie pracuje, bo musi się nami opiekować. Tata tak ciężko tyra w pracy, że rzadko go widujemy. Do tego jego matka (moja babcia) zachorowała na raka i przeprowadziła się do nas, bo ktoś musi się nią opiekować. Mama sama sobie z tym nie poradzi. Zawsze byłam jej bardzo pomocna. Ona mnie teraz potrzebuje. Bardzo. Zwłaszcza, że kiedy urodzi się kolejne dziecko, nie będzie miał się kto niańczyć pięciorgu mojemu rodzeństwa i opiekować się babcią. Nikt, po za mną. A mnie nie ma. Och… To jest okropne. I źle się z tym czuję.- Zwierzyła się Clarie.
Fiona była pod wrażeniem. Sama miała tylko brata, który ma pięć lat, a zawsze marudziła mamie, kiedy miała się pobawić z nim pięć minut, kiedy by to mama szybko skoczyła do sklepu.
-Z tego, co mi powiedziałaś, zrobiłaś już dla nich bardzo dużo. Twoja mama na pewno o tym wie. Dadzą sobie radę. Pewnie na czas porodu, twój tata weźmie sobie wolne. Wszystko się ułoży, zobaczysz.
-Niby jak mam zobaczyć, jak mnie tam nie będzie?- Spytała roztrzęsiona, zalana łzami Clarie.
-Twoja mama i twój tata to są dorośli ludzie. Przepraszam, że tak powiem, ale to teraz ich problem. To była przeszłość, cokolwiek nas teraz czeka. Nie patrz za siebie- patrz przed siebie.
-Przed sobą widzę drzwi przyczepy.
-Och, ale nie dosłownie!- Dziewczyny roześmiały się.
-No, a masz chłopaka?- Clarie zmieniła temat.
-No raczej nie. A ty?
-Powiedzmy prawdzie w oczy: który chciałby mieć dziewczynę, z (prawie) sześciorgiem rodzeństwa? Jestem zwykłą niańką, która zwykle nie ma czasu na spotkania ze znajomymi.
-Masz o sobie niską samoocenę. Przecież nie jesteś brzydka.- Stwierdziła Fiona.
-Nie powiedziałaś też, że jestem ładna.
-A czy jest jakaś różnica?- Zdziwiła się Fiona.
-Tak, kolosalna.- Powiedziała Clarie.
-Zmiana tematu, kto za, łapka w górę!
Oby dwie podniosły rękę. Fiona przeniosła się na swoje łóżko, bo kiedy niespodziewanie tir skręcił, spadła z łóżka. Zapięła pas bezpieczeństwa. Jednak było coś, co nie dawało jej spokoju. Spytała staruszkę leżącą na łóżku, wpatrującą się w sufit:
-Opowie mi pani coś konkretnego o tych zaginięciach?
Zamyślona nic nie odpowiadała. Po chwili westchnęła.
-Och, to było sześćdziesiąt lat temu. Miałam wtedy dwadzieścia lat. Ledwo co wyszłam za mąż, nie zdążyłam urodzić dzieci, a on po prostu zaginął.
-To straszne!- Wtrąciła Clarie przysłuchująca się rozmowie.
-Poszukiwałam go wiele dni, w nadziei, że jeszcze żyje. Ale gdyby żył, dawałby jeszcze jakieś oznaki życia. Było mi ciężko, straciłam swoją miłość życia. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że oprócz niego, zaginęło około pięćdziesięciu osób. Tamtejszy burmistrz miasta zapowiedział, że wyłapali już wszelkie potwory i zamknęli w oddzielnym terenie, na którym były nasze lasy. Zapowiedział, że nie wolno wychodzić z domu po godzinie dwudziestej trzydzieści. Zakazał też o tym rozmawiać, bo zaaresztuje każdego, kto o tym mówił. Ze strachu wszyscy na ten temat milczeli, że nawet pokolenie waszych rodziców o tym nie wie.
-Ale jak to nasi rodzice nie wiedzą? Mi mama kazała wracać o dwudziestej bo się o mnie boi!- powiedziała Fiona.
-Może po prostu miałaś o tej godzinie wrócić, bo nie chciała, żebyś wracała po ciemku- powiedziała starsza pani.
-A może spotka tam pani swojego męża!- Rzuciła Fiona.
-Na to liczę. Mam nadzieję, że jeszcze żyje. Odnaleźć mojego męża to jedyny cel mojego biednego życia. Kiedyś chciałam mieć dzieci, dziś już wystarczy mi tylko on.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz