Clarie i Fiona siedziały na tyle
w policyjnym samochodzie. Teraz, już w pewnym sensie były nierozłączne. Zostały
razem skute kajdankami. Spanikowane dziewczyny kompletnie się nie odzywały.
Droga do komisariatu zwykle trwa dwadzieścia minut. Funkcjonariusze, jak gdyby
nigdy nic, włączyli sobie jakąś beznadziejną płytę z czymś, co nazwali muzyką.
Fiona była bardzo przygnębiona.
Wiedziała, że jej mama nie będzie zadowolona odbierając ją komisariatu policji.
Zapewne awantury będą trwały okrągłe dwa miesiące, a ona już nigdy więcej nie
ruszy się z domu do koleżanek, nie będzie mogła oglądać telewizora, grać na
komputerze, ani niczego podobnego. Będzie się musiała na okrągło uczyć i
wypełniać niekończące się obowiązki. A nie miała takiego zamiaru. Zaczęła
żałować. Wszystkiego. Zaczęła od tego, że zaprzyjaźniła się z Amy. Gdyby nie
były przyjaciółkami, nie pojechałaby na jej urodziny, nie złamałaby zakazu
mamy, że ma wrócić o dwudziestej, nie zawiodła by się na Amy i nie zostałaby
złapana przez policję, za bycia na ulicy o późnej porze.
Ale też nie poznałaby Clarie.
Fiona bardzo ją polubiła. Miała cichą nadzieję, że kiedy już wyjdą, będą
przyjaciółkami. Zawsze chciała mieć przyjaciółkę. Prawdziwą. Taką od serca. Nie
taką, jak Amy, ale taką, jak Clarie. Może jednak zawdzięczała coś Amy. Drogie
prezenty urodzinowe, które dostała i to, że poznała tą dziewczynę. Była bliska
jej sercu.
Fiona miała dosyć czasu na
przemyślenie wszystkiego. Postanowiła, że już nie chce widzieć Amy na oczy. Ale
po chwili stropiła się. Dlaczego miały przestać być przyjaciółkami, tylko
dlatego, że ją okłamała? Przecież nikt nie powiedział, że można mieć tylko
jedną przyjaciółkę. No ba! Można mieć całą paczkę przyjaciół! Tylko dlaczego
mówiła jej to, co mówiła każdej innej dziewczynie? To wszystko było bez sensu.
Głupia sprawa. Fiona była raczej wstydliwa. Nie miała koleżanek, przyjaciół.
Tak się, cieszyła, że w końcu ktoś zaoferował jej przyjaźń. Amy zawsze była
pewna siebie. To właśnie tak polubiła dziewczyna. Ona nigdy taka nie była i
nawet bałaby się do niej podejść. A ona zrobiła to za nią. Polubiły się,
przynajmniej tak sądziła Fiona. Amy ją zmieniła. Przebywała z nią trochę czasu.
Dzięki niej, dziewczyna stała się śmielsza. Gdyby nie to, nigdy nie podeszła by
do Clarie.
Dziewczyna była całkiem fajna.
Ale z doświadczenia wiedziała, że nie można nazwać przyjaciółką osoby, którą
dopiero co się poznało. Może fajna i przyjacielska była tylko na pozór? Może
pod tą maską krył się straszny potwór? Może była wredna? Może była sobowtórem
Amy? Albo może po prostu była bardzo fajna. Nie wiedziała, do których z tych
grup ją przypisać. Postanowiła, aż poczeka, co los przyniesie. Może się znienawidzą,
a może będą przyjaciółkami? To wszystko zależało od nich. Od obu dziewczyn.
Dojechali na komendę.
Zaraz się zacznie- pomyślała
Fiona.- Dodzwonią do naszych rodziców i zezłoszczeni będą musieli nas odebrać.
Oj… Już ja to widzę. Szlaban do końca życia i jeszcze trzy dni po śmierci.
Nigdzie się nie ruszę. Będzie ciężko.
Podjechali pod komendę.
Policjant, ten, który siedział od strony pasażera, wysiadł z auta. One i
kierowca się nie ruszyli. Fiona napotkała przerażony wzrok Clarie.
Funkcjonariusz otworzył bramę, która znajdowała się za komisariatem i wsiadł do
samochodu. Pojazd ruszył. Przejechali przez bramę i dojechali do miejsca, które
było podobne do… więzienia?
Policjanci kazali wyjść
dziewczyną z auta. Spanikowane Clarie i Fiona posłusznie wykonały jego
polecenie. Doprowadzili ich do budynku. Zamknęli je w celi. To dopiero
wpakowałyśmy się w kłopoty, pomyślała Fiona. Kiedy trzydziestolatek przekręcił
kluczem drzwi, przybił z kolegą piątkę. To było dziwne i podejrzane. W zasadzie
odkąd je złapali, nikt z całej czwórki nie wypowiedział żadnego słowa. O nic je
nie pytali. Nawet o to, gdzie mieszkają, czy jak się nazywają one i ich
rodzice. To było bardzo dziwne. Po przybiciu ze sobą piątki, odeszli, ot tak,
po prostu. Bez niczego. Co to miało w ogóle być? Kiedy oddalali się od nich,
rozmawiali żarliwie, byli czymś podekscytowani. Wiedzieli coś, czego nie
wiedziała Fiona. I to ją denerwowało. Wolałaby wiedzieć, co ją czeka. Chociaż i
tak się domyślała. Jednak jej domysły w danej chwili były chyba daleko od
prawdy.
Jak to jej mama powiedziała:
„Tych, których złapali „policjanci, nikt więcej nie widział”. Jednak coś tu nie
grało. Policjanci, to policjanci. Mają pilnować porządku, a nie robić zamęt. Po
za tym, kto i po co założył godzinę policyjną? Przecież to nie są czasy
komunistyczne. Nie był ogłoszony stan wojenny. A jeśli już, to dlaczego tylko w
ich mieście? I dlaczego tak mało osób o tym wie?
Skapnęła się, że od pół godziny
nie powiedziała ani słowa. Postanowiła odezwać się do Clarie dla rozregulowania
głosu.
-No to się wpakowałyśmy.
-Rzeczywiście, tego mi było
trzeba.- odparła Clarie.
-Tak, jak my wszyscy- odezwał
się ktoś z tyłu celi.
Wystraszyły się. Odkąd
przyjechały tutaj, były tak spanikowane, że nawet nie zauważyły, że za ich
kratami siedzi ktoś jeszcze. Odwróciły się. Przejechały wzrokiem po ludziach.
Było ich jeszcze około piętnastu osób. To było… dziwne?? Mało powiedziane…
Bardzo dziwne.
-A co wy tu robicie?- spytała
Clarie.
-To co wy, nie widać?-
odpowiedziała jakaś zarozumiała szesnastolatka.
-No fakt, zostałyśmy złapane.
Ale dlaczego wszyscy siedzimy w jednej celi?- powiedziała Fiona.
-Bo łączy nas jedno.- Powiedział
około czterdziestoletni mężczyzna.
-Niby co? Pewnie to, że jesteśmy
z tego samego miasta- rzuciła Clarie.
-To też. Ale nie tylko-
powiedziała szesnastolatka.
-To niby co?- powiedziała
zdenerwowana Fiona.
-A to, że wszyscy, którzy tu
siedzimy zostaliśmy złapani za bycie na ulicy kiedy rozpoczęła się godzina
policyjna.- Do dyskusji dołączyła się staruszka.
-A co… Co oni z nami zrobią?-
zapytała zrozpaczona Fiona.
-Nie wiemy, dziecko. Nikt nawet
nie wiedział , że jest w naszym mieście coś takiego, jak godzina policyjna-
powiedziała staruszka.
-Ale jak to, żyjemy, jakbyśmy
byli w czasach komunistycznych i nikt o tym nie wie?- Zdziwiła się Clarie.
-Przeżyłam wiele, słonko.
Kilkadziesiąt lat temu, gdy wprowadzano stan wojenny, wszyscy o tym „trąbili”,
wszyscy o tym rozmawiali. To, co się dzieje teraz, nie jest mówione publicznie.
Nikt nas o niczym nie informował.- Z dziewczynami teraz Rozmawiała staruszka.
Nikt inny się nie udzielał. Ona jedyna miała dość cierpliwości, żeby im
przekazać to, co sama wie.
Ani Fiona, ani Clarie nie
zdążyły zadać następnego pytania, bo ktoś podszedł do ich celi. Stary
policjant. Na oko powinien już niedługo przejść na emeryturę. Do najchudszych
się nie zaliczał. Ale za to miał miły wyraz twarzy.
-Dobry wieczór wszystkim!-
Powiedział przybysz. Każdy mu coś odpowiedział. Zrobił się chaos. Każdy coś
mówił. Widać było, że go lubili. Jednak, gdy wszyscy na raz chcieli okazać mu
szacunek, na nic się to nie zdało.
Policjant nie zważając na to,
uniósł wskazujący palec. Powtarzał coś pod nosem. Najwyraźniej ich przeliczał.
-Proszę o ciszę!- Niemal
krzyknął.- Dostałem raport od dwóch policjantów, że złapały się ostatnie dwie
osoby. Jest was już tyle, ile trzeba. Równe osiemnaście osób.- Fiona dosłała
ciarek. Kolekcjonowali ich, bo potrzebowali osiemnaście osób? Może potrzebowali
tyle ludzi na przymusowe prace? Przecież nikt nie widział już nigdy osób, które
złapali.
-Gdzie nas zabieracie? Co z nami
zrobicie?- spytała wystraszona.
-Zabieramy was do mrocznej
krainy, skąd nikt nie wraca. Nikt nie wie, co tam jest, oprócz burmistrza. On
zaprowadził taki porządek. I nikt oprócz niego nie wie, co się dzieje z ludźmi,
którzy tam się dostali.– Odpowiedział tajemniczo policjant. To nie poprawiło
samopoczucia Fiony.
-Jakim cudem on jest
burmistrzem, skoro zrobił takie piekło?- Zapytał czterdziestolatek.
-Nikt, oprócz policji i
złapanych osób o tym nic nie wie. Poza tym, tłumaczył nam, że to dla dobra
społeczności. Chce zaradzić, na tajemnicze zaginięcia, które bywały. Teraz z
słusznych powodów zniknie osiemnaście osób, a wcześniej ginęło około
pięćdziesięciu. Ja, nie trzymam jego strony. Ja mam wrażenie, że coś przed nami
ukrywa, że to, co mówi nie jest prawdą. Ale ja jestem tylko pracownikiem i
muszę robić to, co mi każą. A tak w ogóle przyszedłem powiedzieć coś innego.
Skoro jest już pakiet osiemnastu osób, następnej nocy załatwiony jest dla was
transport i jedziecie tam, gdzie jest wasze przeznaczenie. Przykro mi. Nie mogę
ingerować w sprawach burmistrza.
Fionie zrobiło się żal
policjanta. Oczywiście, chciał pomóc, ale nie mógł. Musiało mu być głupio i
bardzo przykro. Bo mimo tego, że nie chciał, skazywał nas na ciężkie życie (w
jakim kol wiek tego słowa znaczeniu). Wypełniał polecenia, bo to była jego
praca, w ten sposób zarabiał na życie. I zamiast zrobić tego, co mu każe
sumienie- stał z boku i patrzył na to. Ale to nie była jego wina. Nie mógł
inaczej.
Następnego dnia atmosfera w celi
była nerwowa. Każdy bał się tego, co go spotka. Wszyscy, prawie cały czas,
milczeli. Nie wiedzieli, co powiedzieć.
Dopiero w nocy jacyś trzej
pracownicy przeprowadzili ich- mimo oporu- do dużej ciężarówki. Tak konkretnie,
to do przyczepy, w której było osiemnaście łóżek. Jak Fiona domyśliła się,
dokąd by nie jechali, musiała to być długa podróż, skoro były tam łóżka.
Jednak, co było dziwne, to- to, że byli w pojeździe całkowicie odcięci od
świata. Zero okien. No, może w rogu na samej górze tej ogromnej przyczepy była
wywiercona mała dziura. Prawdopodobnie po to, żeby się nie udusili.
Z sufitu zwisała mała
żaróweczka, dzięki czemu nie było tam aż tak bardzo ciemno. Lecz mimo wszystko,
Trochę potrwało, zanim wzrok Fiony przyzwyczaił się do wszystkiego. Kiedy to
się już w końcu stało, tir wyruszył. Zajęła łóżko obok Clarie. Nie, żeby
chciało jej się spać (nawet nie było kołder), ale na łóżku były pasy. Wolała
nie ryzykować, bo nie wiedziała kiedy pojazd skręcał. Obok niej, na łóżku była miła
staruszka, którą Fiona polubiła. Dało się z nią porozmawiać. Na każdy temat.
Była też bardzo cierpliwa.
Dziewczyna zauważyła, że jej
sąsiadka Clarie, siedząc, podkuliła pod siebie nogi i trzymała je rękami.
Położyła głowę na kolanach. Wydawałoby się, że płacze. Fiona odpięła swój pas i
usiadła na łóżku swojej sąsiadki koło niej. Było jej smutno, że ona się
smuciła. Clarie ani drgnęła. Po pięciu minutach, dziewczyna przytuliła ją. Nie
pytała o nic. Nie było potrzeby. Doskonale rozumiała ją. Jednak ona się
odezwała.
-Dziękuję ci.
-Za co?
-Że jesteś. I nie pytasz.-
Wyznała Clarie.
-Och, ja rozumiem. Każdy ma
gorszy dzień. Dzisiaj jest pewnie ten gorszy dzień dla wszystkich osiemnastu
osób.
-Ale… nie do końca chodzi o to,
gdzie jedziemy. Zrobię co chcą, żeby mnie wypuścili. Tam było moje życie. I
będzie. Wiem to.
-Nie było ci tam źle?
Gdziekolwiek jedziemy, pewnie rozpoczynamy nowe życie. To cię dręczy? Zaczęcie
wszystkiego od początku?- Spytała Fiona.
-Och, owszem. Było mi tam czasem
źle. Gdyby ciągle było dobrze, było by nudno. Ale ja byłam tam potrzebna.
Czułam się potrzebna. Mam trzynaście lat i sporo młodszego rodzeństwa. Mają:
dziesięć, dziewięć, siedem, cztery i dwa latka. Razem jest nas szóstka. Najgorzej,
że mama jest znowu w ciąży. Byłam jej potrzebna przy rodzeństwu jako najstarsza
córka. Pilnowałam trójkę najmłodszych dzieciaków. Mama za miesiąc będzie miała
kolejne. Nie pracuje, bo musi się nami opiekować. Tata tak ciężko tyra w pracy,
że rzadko go widujemy. Do tego jego matka (moja babcia) zachorowała na raka i
przeprowadziła się do nas, bo ktoś musi się nią opiekować. Mama sama sobie z
tym nie poradzi. Zawsze byłam jej bardzo pomocna. Ona mnie teraz potrzebuje.
Bardzo. Zwłaszcza, że kiedy urodzi się kolejne dziecko, nie będzie miał się kto
niańczyć pięciorgu mojemu rodzeństwa i opiekować się babcią. Nikt, po za mną. A
mnie nie ma. Och… To jest okropne. I źle się z tym czuję.- Zwierzyła się
Clarie.
Fiona była pod wrażeniem. Sama
miała tylko brata, który ma pięć lat, a zawsze marudziła mamie, kiedy miała się
pobawić z nim pięć minut, kiedy by to mama szybko skoczyła do sklepu.
-Z tego, co mi powiedziałaś,
zrobiłaś już dla nich bardzo dużo. Twoja mama na pewno o tym wie. Dadzą sobie
radę. Pewnie na czas porodu, twój tata weźmie sobie wolne. Wszystko się ułoży,
zobaczysz.
-Niby jak mam zobaczyć, jak mnie
tam nie będzie?- Spytała roztrzęsiona, zalana łzami Clarie.
-Twoja mama i twój tata to są
dorośli ludzie. Przepraszam, że tak powiem, ale to teraz ich problem. To była
przeszłość, cokolwiek nas teraz czeka. Nie patrz za siebie- patrz przed siebie.
-Przed sobą widzę drzwi
przyczepy.
-Och, ale nie dosłownie!-
Dziewczyny roześmiały się.
-No, a masz chłopaka?- Clarie
zmieniła temat.
-No raczej nie. A ty?
-Powiedzmy prawdzie w oczy:
który chciałby mieć dziewczynę, z (prawie) sześciorgiem rodzeństwa? Jestem
zwykłą niańką, która zwykle nie ma czasu na spotkania ze znajomymi.
-Masz o sobie niską samoocenę.
Przecież nie jesteś brzydka.- Stwierdziła Fiona.
-Nie powiedziałaś też, że jestem
ładna.
-A czy jest jakaś różnica?-
Zdziwiła się Fiona.
-Tak, kolosalna.- Powiedziała
Clarie.
-Zmiana tematu, kto za, łapka w
górę!
Oby dwie podniosły rękę. Fiona
przeniosła się na swoje łóżko, bo kiedy niespodziewanie tir skręcił, spadła z
łóżka. Zapięła pas bezpieczeństwa. Jednak było coś, co nie dawało jej spokoju.
Spytała staruszkę leżącą na łóżku, wpatrującą się w sufit:
-Opowie mi pani coś konkretnego
o tych zaginięciach?
Zamyślona nic nie odpowiadała.
Po chwili westchnęła.
-Och, to było sześćdziesiąt lat
temu. Miałam wtedy dwadzieścia lat. Ledwo co wyszłam za mąż, nie zdążyłam
urodzić dzieci, a on po prostu zaginął.
-To straszne!- Wtrąciła Clarie
przysłuchująca się rozmowie.
-Poszukiwałam go wiele dni, w
nadziei, że jeszcze żyje. Ale gdyby żył, dawałby jeszcze jakieś oznaki życia.
Było mi ciężko, straciłam swoją miłość życia. Dopiero wtedy dowiedziałam się,
że oprócz niego, zaginęło około pięćdziesięciu osób. Tamtejszy burmistrz miasta
zapowiedział, że wyłapali już wszelkie potwory i zamknęli w oddzielnym terenie,
na którym były nasze lasy. Zapowiedział, że nie wolno wychodzić z domu po
godzinie dwudziestej trzydzieści. Zakazał też o tym rozmawiać, bo zaaresztuje
każdego, kto o tym mówił. Ze strachu wszyscy na ten temat milczeli, że nawet
pokolenie waszych rodziców o tym nie wie.
-Ale jak to nasi rodzice nie
wiedzą? Mi mama kazała wracać o dwudziestej bo się o mnie boi!- powiedziała
Fiona.
-Może po prostu miałaś o tej
godzinie wrócić, bo nie chciała, żebyś wracała po ciemku- powiedziała starsza
pani.
-A może spotka tam pani swojego
męża!- Rzuciła Fiona.
-Na to liczę. Mam nadzieję, że
jeszcze żyje. Odnaleźć mojego męża to jedyny cel mojego biednego życia. Kiedyś
chciałam mieć dzieci, dziś już wystarczy mi tylko on.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz